Triumf Sabalenki w Rijadzie, ale co się stało potem. Zwrot akcji w starciu światowej "1"
Niedzielna rywalizacja w hali w Rijadzie kończyła pierwszą kolejkę WTA Finals, pierwsze dwa starcie nie dostarczyły większych emocji. Najpierw w deblowej rywalizacji Erin Routliffe i Gabrieli Dabrowski, a później w starciu Aryny Sabalenki. Białorusinka potrzebowała zaledwie 70 minut by ograć Jasmine Paolini. Na końcu zaś na dobrej drodze do powtórzenia jej wyczynu była inna światowa "1" - Katerina Siniakova, wspólnie z Taylor Townsend. Prowadziły już 6:2 i 3:1, by przegrać pięć kolejnych gemów. O triumfie decydował trzeci set.

Niedziela była drugim dniem zmagań w WTA Finals w Rijadzie - swoje pierwsze pojedynki rozegrały singlistki występujące w grupie Steffi Graf oraz pary deblowe z grupy Liezel Huber. W tej pierwszej liderka rankingu Aryna Sabalenka dość łatwo, w zaledwie 70 minut, uporała się z Jasmine Paolini - wygrała 6:3, 6:1. A później doszło jednak do niespodzianki, bo tak należy nazwać skuteczny rewanż Jessiki Peguli na Coco Gauff za niedawny finał imprezy WTA 1000 w Wuhanie. Tym razem starsza z Amerykanek wygrała trzysetową batalię, to ona ma już w tabeli jedną wygraną.
Nie było zaś niespodzianki w pierwszym starciu deblowym: broniące trofeum z zeszłego roku: Erin Routliffe i Gabriela Dabrowski, mistrzynie US Open, uporały się z rosyjskim duetem Mirra Andriejewa/Diana Sznajder. Najmłodsza wiekiem para w Rijadzie świetnie spisywała się w pierwszej części sezonu, później zgasła. I to potwierdziło się dzisiaj.
A na deser został mecz liderki i wiceliderki deblowego rankingu WTA, czyli Kateriny Siniakovej i Taylor Townsend. Co ciekawe, pary która jednak nie została tu najwyżej rozstawiona.
WTA Finals. Pierwszy mecz faworytek do tytułu w Rijadzie. Zaskakujący zwrot akcji w drugim secie
Jak to możliwe, że skoro Siniakova jest pierwsza w rankingu WTA, a Townsend druga, to jako para nie miały w losowaniu "1"? Otóż nie zawsze występowały razem, w przeciwieństwie do pary Sara Errani/Jasmine Paolini. A to wspólne wyniki decydują o pozycjach w deblowym rankingu WTA Race.
Nieprzypadkowo jednak Siniakova nazywana jest "królową debla", potrafi dopasować się do każdej partnerki. Z Barborą Krejcikovą wygrała niedawno WTA 500 w Seulu, ze Storm Hunter - WTA 1000 w Wuhanie.

Na dobrą sprawę wspólnie z Townsend miały już miejsce w WTA Finals po Australian Open - wygrały tamten turniej. A para Timea Babos/Luisa Stefani ten udział zapewniła sobie jako ostatnia, dopiero podczas turnieju w Ningbo.
I to było widać na korcie do połowy drugiego seta.
Faworytki grały znakomicie, w trzecim gemie wywalczyły pierwszego breaka, w siódmym - drugiego. Chwilę wcześniej dwie szanse na to miały Węgierka i Brazylijka, mogły wyrównać. I dwa razy serwisach Townsend kapitalnie przy siatce zachowała się Siniakova. Skończyło się na 6:2, Babos i Stefani zanotowano zaledwie dwa winnery.
I podobnie przebiegał drugi set, aż do stanu 3:1 dla faworytek. A później nagle wszystko się zmieniło. Zupełnie pogubiła się Townsend, serwisy Siniakovej spotykały się z potężnymi returnami. Babos i Stafeni wygrały pięć kolejnych gemów, wyrównały na 1:1 w setach.
Decydowała więc trzecia partia, grana do 10 punktów. W pierwszych dwóch akcjach doszło do miniprzełamań, później aż do stanu 5-4 ich nie było. Aż wreszcie dwukrotnie przełamana została Babos, choć większy wpływ na to miało zachowanie Stefani przy siatce. Mistrzynie Australian Open odskoczył na 9-4. I to już wystarczyło.
Siniakova i Babos triumfowały: 6:2, 3:6, 10-6. We wtorek dojdzie do rewanżu za zeszłoroczny finał, ale także i finał US Open - zmierzą się z parą Routliffe/Dabrowski.








![Polskie kluby w tarapatach. Te akcje nie wystarczyły do zwycięstwa [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000M2DVDR9XY3H5A-C401.webp)





