Reklama

Reklama

Trener Kubota: W sprawie Łukasza nie panikuję

Czeski trener Jan Stoces, prowadzący Łukasza Kubota, który odpadł w drugiej rundzie wielkoszlemowego Roland Garros, zachowuje spokój i nie przejmuje się chwilowym spadkiem tenisisty w rankingu ATP. Zapowiada też walkę na trawie o powrót do pierwszej setki.

Łukasz Kubot wypadł z czołowej setki rankingu światowego. Chyba mocno utrudni to teraz jego starty w cyklu ATP Tour?

Reklama

Jan Stoces: - Na pewno nie będzie łatwo, bo z niższym rankingiem będzie musiał grać często kwalifikacje. Jednak ja bym nie panikował, bo już podobną drogę przechodziliśmy ponad dwa lata temu. Obecnie Łukasz faktycznie gra jeszcze pod presją, bo broni trochę punktów, a ostatnie wyniki, szczególnie na kortach ziemnych, nie były najlepsze. Jednak znów gra dobry tenis, a jedynym problemem jest to, że nie udało mu się zamknąć kilku ważnych meczów. Ale odzyskuje stabilną formę i wszystko powinno wrócić powoli do normy.

No właśnie, a skąd się wzięły porażki w kilku właściwie prawie już wygranych meczach? To kwestia psychiki, kondycji czy może braku szczęścia?

- Raczej pewności siebie. Początek roku nie był dla niego udany. Prawie nie wygrywał meczów w singlu, a dobre starty w deblu nie przekładały się niestety na pewność gry. Kiedy grał przeciwko solidnym graczom, wyżej notowanym w rankingu, czasem prowadził i był blisko wygranej. Jednak w decydujących momentach pojawiały się nerwy i niepewność w uderzeniach, czy też po prostu strach przed większym ryzykiem. Na tym poziomie rywalizacji w kluczowych chwilach trzeba zwykle postawić wszystko na jedną kartę i atakować, a nie grać spokojnie.

Ale przy agresywnej grze w stylu serwis-wolej atak jest chyba u Łukasza rzeczą naturalną?

- Oczywiście, jednak gdy pojawiają się nerwy, ręka czasem drży. Wystarczy wtedy zagrać wolej nie w okolice linii, tylko metr od niej i doświadczony rywal to wykorzysta. Zawodnicy, którzy długo są w ścisłej światowej czołówce, wiele razy znajdowali się w takich sytuacjach. Dlatego przyciśnięci do muru potrafią się skutecznie bronić. Takie mecze ciężko jest skończyć, nawet jeśli się prowadzi na przykład 5:2 w ostatnim secie. Do tego potrzebna jest pewność siebie, a do niej dużo wygranych spotkań. Na szczęście powoli Łukasz ją odzyskuje, więc moim zdaniem powrót do setki rankingu jest kwestią czasu.

Najbliższe tygodnie powinny chyba sprzyjać stylowi gry Kubota?

- Tak, zdecydowanie tak, bo on się dobrze czuje na trawie. Zaczynamy na niej grę już w przyszłym tygodniu, bo na pewno Łukasz jest w głównej drabince w Queen's Clubie. Natomiast wolelibyśmy jechać do Halle, gdzie na razie musiałby startować w eliminacjach. Jest jednak jeszcze szansa, że i tu wejdzie od razu do turnieju, jeśli ktoś się wycofa przed końcem Roland Garros. Jeśli się nie uda, to wtedy wybierzemy się do Londynu.

W ostatnim tygodniu przed Wimbledonem będzie przerwa na treningi, czy też może start w s'Hertogenbosch lub Eastbourne?

- To będzie zależało od tego, jak nam pójdzie w pierwszym tygodniu na trawie. Ta część sezonu jest bardzo krótka, więc trzeba szukać okazji, by przed Wimbledonem zagrać jak najwięcej meczów. Najważniejsze, że w Londynie Łukasz nie będzie musiał grać w kwalifikacjach, bo trawa Roehampton zupełnie nie przypomina wimbledońskiej.

Czy jest pan tyranem?

- Ja? Czemu?

Podczas meczu pierwszej rundy dość ostro karcił pan Łukasza za niezbyt skuteczną grę...

- No tak, ale najwidoczniej Łukasz zasłużył na to (śmiech). Ale już poważnie. Starałem się go docisnąć, żeby nie wypuścił z rąk kolejnego meczu. Warunki były trudne, było mokro i zimno, a do tego mecz przerwał deszcz i przełożono go na dzień następny. Taka sytuacja wymagała jeszcze większej koncentracji i determinacji, bo łatwo wtedy się pogubić i przegrać. Czy ja naprawdę wyglądam na tyrana? Chyba muszę spojrzeć w lustro (śmiech).

W Paryżu rozmawiał Tomasz Dobiecki

Dowiedz się więcej na temat: Łukasz Kubot | tenis | ATP | Jan Stoces

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje