Reklama

Reklama

To ona wyrasta na gwiazdę w polskiej ekipie

Wimbledon - jak mawiał śp. Bohdan Tomaszewski - nie ma nic piękniejszego w światowym tenisie od londyńskiego turnieju. I trudno się z nim nie zgodzić, choć polskimi mediami, nie tylko sportowymi, wstrząsa teraz rytmicznie nowe oblicze dawnej afery korupcyjnej w polskim futbolu z Czesławem Michniewiczem w roli głównej, to zdaje się jednak, że los Igi Świątek na kortach Wimbledonu jest nam zdecydowanie bliższy i ważniejszy.

I nie ma się co dziwić. Iga Świątek, nawet w tak słabej formie jak do tej pory w Londynie, to i tak kompletny substytut wielkich, pozytywnych emocji, jakie daje nam każdy mecz polskich piłkarzy, siatkarzy czy turniej skoczków narciarskich. Tak, Pani Iga wskoczyła już dawno na ten sam poziom popularności, ale zarazem, też odpowiedzialności za jakość naszych emocji. Emocji na najwyższym poziomie ich biegunowej rozpiętości, takim samym, co wszyscy wyżej wymienieni. To z jednej strony pewnie dla niej wielki zaszczyt, a z drugiej jednak potężne obciążenie, z którym nasza tenisistka raz radzi sobie lepiej, a raz gorzej. Jak widać po dwóch pierwszych meczach turnieju, teraz gorzej. 

Reklama

W studiu Polsatu towarzyszącym do poniedziałku wimbledońskim zmaganiom tenisistek i tenisistów trwa zaciekła dyskusja nad przyczynami regresu formy Pani Igi. Dominująca teoria to taka, że gra na trawie po prostu naszej zawodniczce zwyczajnie nie leży, i - choć takie słowa nie padają wprost - że nigdy na Wimbledonie znaczącego sukcesu nie osiągnie. To pewnie zbyt duże uproszczenie, ale coś w tym jest, bo i przecież sama tenisistka wielokrotnie mówiła, że gra na trawie jest idealna dla Roberta Lewandowskiego, ale nie dla niej. Cokolwiek jednak dzisiaj się zdarzy w meczu III rundy z Alize Cornet, to już dzisiaj Pani Idze należą się podziękowania i brawa za to co zrobiła w ostatnich dwóch latach dla polskiego sportu i bynajmniej nie chodzi tu o ten elektryzujący tylko ludzi małych, bilans wygranych z rzędu 37 meczów. Chodzi o to, że jest i dalej będzie dla nas wielkim sportowcem bez względu na końcowy wynik startu w Londynie.

Wimbledon. Polacy nie mają powodów do narzekań

Łatwo mi się o tym pisze, bo generalnie, z polskiego punktu widzenia nie mamy na tegorocznym Wimbledonie żadnych powodów do narzekań. Ba, pierwszy tydzień turnieju, historycznie rzecz analizując, był nawet wyjątkowo udany. Oczywiście, wszyscy byśmy chcieli, żeby Hubert Hurkacz powtórzył nieoczekiwany sukces sprzed roku, kiedy zameldował się w półfinale, no ale nie zawsze na obiad jest kawior. Czasami trzeba poprzestać na odgrzewanym schabowym. Huberta szkoda, ale i tak jest się z czego cieszyć, bo oto po raz pierwszy w dziejach mieliśmy w II rundzie komplet naszych pięciu tenisistek. Pierwsze rundy przeszli też nasi debliści Łukasz Kubot z Szymonem Walkowem i Kamil Majchrzak z Janem Zielińskim tocząc zacięte, zwycięskie boje z faworyzowanymi rywalami. 

A awans Magdaleny Fręch do III rundy turnieju singla kobiet to już superniespodzianka, trochę niedoceniania przez naród polski ze względu na koncentrację na wyczynach Igi Światek. A urocza Pani Magda zagrała naprawdę znakomicie, tak w pierwszym, jak i w drugim meczu. W obu przypadkach z mocniejszymi, jak widać tylko na papierze, rywalkami. Jeśli dodamy do tego jej znaczny wkład w awans w deblu też do III rundy, w parze z Brazylijką Beatriz Haddad Maią, to wyrasta nam ona na gwiazdę nr 1 w polskiej ekipie. Przynajmniej na razie.

W grupie naszych reprezentantów są też postaci, które może nie mają szans na srebrną paterę, ale swoja grą robią nam świetny PR w kategorii promocji polskiego tenisa. Do takich wydarzeń zaliczam też wczorajszy, niezwykle efektowny deblowy mecz Alicji Rosolskiej w mikście z Michaelem Venus przeciwko Venus Williams z Jamiem Murrayem. Gra przy komplecie widzów w ostatnim piątkowym meczu na korcie nr 1, to pewnie zaszczyt i przyjemność da grających, ale i wielka uczta dla tych, którzy to widzieli choćby w telewizji. Brawo pani Alicjo!

Wimbledon. Tu się jedzie na pielgrzymkę

I jak tak wszystko wziąć do kupy i chcieć podsumować po pierwszych dniach turnieju, to trudno nie przytaknąć cytowanemu na początku Bohdanowi Tomaszewskiemu. Wimbledon to zjawisko samo w sobie, które połączyło skutecznie wszystkie brytyjskie doświadczenia w dziedzinie show-biznesu, pop kultury i sportu. W efekcie powstał produkt magiczny, skupiający na te dwa letnie tygodnie uwagę całego, nie tylko sportowego świata. A że świat darzył wielkim mirem Wimbledon już od dawna, to na koniec pozwolę sobie zacytować sprawozdawcę przedwojennego tygodnika "Raz, Dwa, Trzy" rozpoczynającego w 1935 roku relację z londyńskich kortów od takich słów: "Wimbledon w lipcu. Każdy tenisista dostaje gęsiej skórki, słysząc to słowo. Do Wimbledonu, nie jedzie się, lecz - odbywa się pielgrzymkę. Tam znajduje się arena białego sportu: kort centralny. Tu dopiero możemy zrozumieć, dlaczego ta gra nazywa się lawn-tennis. Szesnaście szmaragdowych kortów, na które noga zwykłego śmiertelnika wkracza z bojaźnią...".

Czyż to nie urocze? No i jak bardzo blisko prawdy!  

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL