Reklama

Reklama

To nie McEnroe najbardziej zbulwersował Wimbledon, a ona. Poszło o dekolt

Amerykanin John McEnroe przed laty zszokował konserwatywną widownię Wimbledonu, gdy niezadowolony miotał mocne przekleństwa wobec przeciwników, sędziów, a nawet widzów. Jednakże nawet on nie wstrząsnął Wimbledonem tak jak jego rodaczka Linda Siegel i strój, w jakim się pojawiła.

Linda Siegel nie była tenisistką specjalnie dużego formatu. Już samo zakwalifikowanie się jej do turnieju głównego Wimbledonu w 1979 roku było dla niej ogromnym przeżyciem i wydarzeniem. Zwłaszcza, że drabinka skojarzyła ją z jedną z największych gwiazd tenisa tamtej epoki, legendarną Billie Jean King - bohaterką filmu "Wojna płci". W latach 1966-1975 Billie Jean King wygrywała Wimbledon aż sześciokrotnie.

To na starcie z nią Linda Siegel postanowiła kupić sobie nową sukienkę. Zgodnie z wytycznymi wimbledońskich konwenansów, musiała być ona biała. Problem w tym, że Amerykanka zdecydowała się na potężny i odsłaniający wiele dekolt. Wybuchł ogromny skandal. 

Reklama

Z głębokim dekoltem na kortach Wimbledonu

Na konserwatywnych kortach Wimbledonu, gdzie jeszcze do 1946 roku zawodniczki musiały nosić podczas meczu spódnice do kostek, a panowie grać w długich spodniach, taki strój był niedopuszczalny. Zastanawiano się nawet, czy nie przerwać meczu, ale na szczęście dla zbulwersowanych trwał on bardzo krótko. Billie Jean King zmiotła Linda Siegel z kortu 6-1, 6-3.

CZYTAJ TAKŻE: Historyczny wyczyn Polek. Zrobiły więcej niż przez 57 lat

Szybko, ale na tyle długo, by na kort zbiegli się zaaferowani fotografowie i zrobili zdjęcia roznegliżowanej zawodniczce, której strój szedł z duchem zmieniającego się świata, hippisowską wolnością i rewolucją seksualną. Linda Siegel nie widziała powodu, dlaczego ma być ubrana od stóp do głowy w taki upał. Uważała, że strój nie krępuje jej ruchów, pozwala swobodnie oddychać i nie pocić się za bardzo. Dodawała, że u niej w Kalifornii latem wszyscy się tak ubierają, więc nie rozumie, o co chodzi Anglikom. Problem w tym, że przez głęboki dekolt biust niemal się wylewał. A to spowodowało szereg komentarzy.

Amerykance zarzucano obrazę moralności, pogwałcenie zasad obowiązujących na kortach Wimbledonu od 100 lat. Pojawiły się nawet zarzuty o naruszeniu godności kobiecej i taniej prowokacji. W obronie Lindy Siegel stanęły organizacje związane z ruchem hippisowskim, a także... fotografowie! Twierdzili, że wreszcie mają co fotografować, a jeden z tabloidów zamieścił nawet następnego dnia nagłówek "Thanks for the mammaries!", co oględnie można by przetłumaczyć jako "Dzięki za ten widok!".

Po latach krótki, ale dosadny występ Lindy Siegel, która nigdy już na Wimbledonie się nie pojawiła, uznano za jeden z pięciu najdziwniejszych momentów w historii turnieju.

GRA NAWROTA. Trudny quiz o Idze Światek i tenisie. Jaki uzyskasz wynik?

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL