Reklama

Reklama

Tenis. Wojciech Kowalski dla Interii: Niczego nie żałuję

- Gdybym starał się podkreślać, w jakich czasach żyłem i twierdzić, że moje wyniki, uwzględniając wszystkie tamte okoliczności, były na miarę dzisiejszych rezultatów najlepszych polskich tenisistów, przemawiałaby z mojej strony zazdrość, a to nieładna cecha. Nie mogę tak mówić, że żałuję. Miałem w swoich czasach swoje przyjemności, poznałem wielu wspaniałych ludzi, zaznałem wiele radości na kortach. Czasy są nie do porównania, ale tego nie można zmienić. Cieszmy się z tego, co osiągają dziś Hubert Hurkacz, Iga Świątek – mówi w rozmowie z Interią Wojciech Kowalski, najlepszy przed laty polski tenisista.

Olgierd Kwiatkowski, Interia: Czy potrzeba było 100-lecia Polskiego Związku Tenisowego, żeby znów pojawił się pan w Polsce?

Wojciech Kowalski, były tenisista, pierwszy polski olimpijczyk w tej dyscyplinie sportu:  - Jest wyjątkowa okazja, działacze bardzo chcieli mnie zaprosić, skorzystałem z tej możliwości. To była bardzo ładna i miła dla nas wszystkich, byłych tenisistów, impreza. W tym roku stulecie obchodzi mój rodzimy klub Goplania Inowrocław, też byłem na uroczystościach w Inowrocławiu. Zawsze chętnie przyjeżdżam do Polski. Jestem co roku. Odwiedzam moją rodzinę, wcześniej, niestety już nieżyjących kochanych rodziców, teraz moją siostrę i brata. Utrzymujemy stały kontakt.

Reklama

Kiedy pan wyjechał z Polski na stałe?

- Na początku lat 90. oficjalnie zamieszkałem w Niemczech. Wybrałem ten kraj trochę przez przypadek, bo częściej grałem we Francji. Ale było bliżej, w Niemczech spotkałem swoją miłość. Wiele osób patrzy na moją decyzję wyłącznie przez pryzmat pieniędzy, ale to nie był główny powód wyjazdu. W Niemczech miałem lepsze warunki treningu. Dziś trochę trudno to zrozumieć i wyobrazić sobie, w jakich warunkach ćwiczyłem w Polsce. Trudno w to w ogóle uwierzyć. W moim liceum im. Jana Kasprowicza w Inowrocławiu graliśmy w tenisa na parkiecie sali gimnastycznej. Nie mieliśmy wybiegów. Serwis? Jak się serwowało uderzało się w ścianę. Trzeba było się odsuwać od kosza. A return? To samo. Jak mogłem wziąć zamach? Szukałem więc możliwości, żeby spełniać swoje marzenia i osiągać swoje cele. Musiałem wyjechać i trenować poza krajem.

Jako jeden z pierwszych Polaków odbył pan staż w słynnej akademii Bolleteriego na Florydzie, zwanej też kuźnią mistrzów. Po powrocie z USA nie poprawił pan swoich wyników?

- Wyjazd był zasługą Marka Profusa, który zorganizował sponsora, zapewnił mi finansowanie tego etapu kariery. Miałem profesjonalny sprzęt dzięki kontraktowi ze znaną wówczas firmą Snauwaert. Pobyt u Bolleteriego dla młodego Polaka, który miał duży apetyt na wielki tenis, był cennym doświadczeniem. Z perspektywy czasu popełniono pewne błędy. Gdybym mógł cofnąć czas, to wiem, że powinienem trenować więcej indywidualnie, z możliwością gry ze sparingpartnerami z akademii. Trenowałem głównie w grupach.

Z kim?

- Ze względu na sposób i poziom gry znalazłem się w grupie m.in. z Andre Agassim i Jimem Courierem. Oni nie byli jeszcze wtedy znanymi zawodnikami. Treningi mieliśmy wspólne, w środę graliśmy pięciosetowe mecze sparingowe. To było ciekawe dla mnie, ale czy przyniosło właściwy efekt? Patrzę na to, jak dziś rozwija się tenis w Polsce i widzę, że można dojść do sukcesu inną drogą i ćwicząc w kraju.

W singlu był pan 109., w deblu 125. w rankingach ATP. To adekwatne pozycje do pana ówczesnych możliwości?

- Każdy zawodnik, który ma idoli, który chce coś osiągnąć, patrzy w górę, żeby być jak najwyżej, jak najwięcej wygrać. Dla każdego najlepszą będzie pozycja numer 1. Czy to osiągnie, to inna sprawa. Ale wiemy, że liderami są nieliczni. Chyba miałem talent, ciężko pracowałem, być może więc mogłem być wyżej. Niestety, kontuzja, ale też okoliczności nie pomagały. Byłem jednym z pionierów tenisa w Polsce. Nie mogłem się tak rozwijać, jak w dzisiejszych czasach, ale tego nie możemy w żaden sposób zweryfikować.

Nie żałuje pan tego, że pana kariera zakończyła się zbyt wcześnie?. Z pana talentem i przy tych warunkach, jakie dziś mamy w Polsce byłoby panu łatwiej.

- To pytanie pojawia się stale. I ja zawsze szczerze na nie odpowiadam. Jestem szczęśliwy z tego powodu, jak moje sportowe życie się potoczyło, że przyszedłem na świat w tamtych czasach i grałem w tamtych czasach. Tak się życie układa. Nie mamy na to wpływu. Jestem z natury pogodnym człowiekiem, nastawionym optymistycznie do życia, Jestem też realistą. Gdybym starał się podkreślać, w jakich czasach żyłem i twierdzić, że moje wyniki, uwzględniając wszystkie tamte okoliczności, były na miarę dzisiejszych rezultatów najlepszych polskich tenisistów, przemawiałaby z mojej strony zazdrość, a to nieładna cecha. Nie mogę tak mówić, że żałuję. Miałem w swoich czasach swoje przyjemności, poznałem wielu wspaniałych ludzi, zaznałem wiele radości na kortach. Czasy są nie do porównania, ale tego nie można zmienić. Cieszmy się z tego, co osiągają dziś Hubert Hurkacz, Iga Świątek

Najlepszy mecz w karierze?

- Szkoda meczu na Roland Garrosie z 1995 roku. To była końcówka mojej kariery. Przeszedłem eliminacje, w I rundzie przegrałem w pięciu setach z Guy Forgetem, który zajmował wtedy miejsce w pierwszej 30-tce ATP. Mecz był do wygrania. Zagrałem znakomite spotkanie w Key Biscane z MaliVaiem Washingtonem. Druga runda, night session i porażka w trzech setach. Nie miałem żadnych szans, mając za przeciwnika lidera rankingu Thomasa Mustera w Cincinnati. Przegrałem wyraźnie.

Jest pan pierwszym polskim olimpijczykiem w historii tenisa.

- Tenis zadebiutował na igrzyskach w Seulu, nawet dla zawodowców to były wzruszające chwile, kiedy można było zagrać w takim turnieju. Wcześniej tenis był dyscypliną pokazową w Los Angeles. Mecz na turnieju olimpijskim, choć przegrany z Tonym Mmohem, uważam za najpiękniejsze sportowe wydarzenie w moim życiu. Płomień igrzysk olimpijskich nadal jest w moim sercu.

Co pan teraz robi?

- Prowadzę szkołę tenisową Tennis Schulhe Kowalski, w Bawarii koło Norymbergi. Pracuję w tym samym w klubie od 22 lat. Sekcja bardzo dynamicznie się rozwija. W ostatnich trzech latach mieliśmy 370 członków. Ludzie chętnie grają z nami i ze mną też. Ta praca sprawia mi przyjemność. Kocham tenis.

Dochował się pan jakiegoś zdolnego tenisisty?

- Długo grałem na zawodowym poziomie, dużo podróżowałem. Miałem oferty, żeby prowadzić zawodników, ale tak się cieszyłem że mam rodzinę żonę i dwóch synów, że rezygnowałem z tych propozycji. Jestem rodzinnym człowiekiem. Nie interesowało mnie, żeby się kim zająć i jeździć z nim po turniejach. Nie byłem w stanie poświęcić życia rodzinnego. Mam zawodnika, którego prowadziłem wiele lat. Teraz trenuje w Akademii Rafaela Nadala. Tam obowiązują takie zasady, że Rafa gra z najlepszymi juniorami po 10-20 minut i oni potem schodzą z kortu, bo nie wytrzymują tej intensywności, ale mój zawodnik grał z Nadalem godzinę. Nie przekłada się to jeszcze na wyniki w rankingu, ale widać, że osiągnął znaczący sportowy poziom.

Po wielu latach doczekaliśmy się sukcesów w polskim tenisie. Jak pan ocenia przyszłość naszych najlepszych zawodników Huberta Hurkacza i Igi Świątek?

- Hubert ma wspaniałe wyniki, gra może nie efektownie, ale bardzo skutecznie. Jak na swój wzrost znakomicie porusza się na korcie. Doskonałą pracę wykonali jego trenerzy. Zwycięstwo Igi Świątek w Roland Garrosie oglądałem z wielkim entuzjazmem. Iga imponuje mi innowacyjną grą. Ona zaskoczyła tym wszystkie najlepsze tenisistki na świecie. Zupełnie nie mogły sobie z nią poradzić. Pierwsza dziewczyna, która grała tak mocny top spin. Do tej pory dziewczyny grały mocno, ale dość płasko. To była świetna recepta na wygrywanie. Wiadomo że sztaby rywalek wszystko to analizowały i rozpracowały naszą zawodniczkę, ale ona też rozpracowuje rywalki i nadal się rozwija. Nie zapomnijmy, że Iga i Hubert są młodymi graczami. Dajmy im też trochę poprzegrywać. Jako kibice chcielibyśmy, żeby wygrywali każdy turniej, ale to jest niemożliwe. W wielkim świecie tenisa trzeba się obyć. To jest ciężka szkoła życia. Bądźmy więc cierpliwi. Dalsze sukcesy jeszcze przyjdą. Ogromnie cieszę się z tego, jak rozwija się polski tenis.

Jak pan patrzy na sytuację w czołówce męskiego tenisa. Kto jest tenisistą wszech czasów - Novak Djoković, Roger Federer czy Rafael Nadal?

- Federer gra estetycznie, przepięknie, mówi się o nim "Maestro". Nadal wydaje się niezniszczalny, to "król mączki". Novak daje sobie radę na wszystkich nawierzchniach i dominuje na nich. Nie można tego powiedzieć o Rogerze i Nadalu. Novak jest kompletnym zawodnikiem. I ta jego psychika. Wielkie znaczenie ma to, że pochodzi z Bałkanów, regionu do niedawna nękanego wojnami. Znajduje w sobie ogromną motywację do zwycięstw, bo przeżył wojnę. Andy Roddick powiedział niedawno, że Djoković wyrywa nogi i wyciąga dusze z zawodników. Może przesadził, ale w tym stwierdzeniu jest trochę prawdy, on potrafi stłamsić każdego przeciwnika.

Rozmawiał Olgierd Kwiatkowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje