Reklama

Reklama

Tenis. Magdalena Fręch: Trenowałam i grałam z bólem. Moja wytrwałość została wynagrodzona

Pochodząca z Łodzi polska tenisistka zakończyła sezon na 202. miejscu w rankingu WTA. Interii opowiada jak walczyła z kontuzją, o tym, że w polskim kobiecym tenisie udało się szybko wypełnić pustkę po Agnieszce Radwańskiej i o swoich planach na przyszłość.

Olgierd Kwiatkowski, Interia: Czy czuje pani niedosyt po zakończonym sezonie? Nieznacznie, ale spadła pani w rankingu WTA.

Reklama

Magdalena Fręch, polska tenisistka, obecnie 202 w rankingu WTA: -  W pierwszym półroczu miałam kontuzję. Leczenie, badania, konsultacje trwały osiem miesięcy. To niby mała, ale bardzo uciążliwa kontuzja, chroniczny uraz powtarzający się co pewien czas. Lekarze nawet po badaniach nie wiedzieli,  co dokładnie mi jest, ostatecznie zdiagnozowano stan zapalny nadgarstka. Mówili, że mogę grać, nie było uszkodzeń, ale kiedy próbowałam grać ból cały czas mnie naciskał. Po każdym treningu trener mnie pytał, czy będę w stanie odbyć następny trening. W końcu to przeszło. Już jestem zdrowa. Ogromnie się z tego cieszę. To że później wróciłam na swój poziom, a nawet się poprawiłam, uważam ze względu na te okoliczności, za dobry prognostyk. Wychodzę z założenia, że trzeba grać i próbować wygrywać duże turnieje. Tego będę się trzymała. Mam nadzieję, że przyszły rok zacznę z wysokiego c.

Końcówka sezonu i udany występ na US Open pokazały, że nie miała pani problemu z dojściem do wysokiej formy.

- Zadziało się coś pozytywnego. Moja wytrwałość została wynagrodzona. Ja mimo bólu przychodziłam na treningi, grałam turnieje, bo nie chciałam wypaść z rytmu startowego. Cierpiałam. To był taki uraz, z którym niby można grać, ale boli, wywołuje blokadę w psychice, bo ma się świadomość, że nie można zrobić pełnego ruchu. Przejście eliminacji US Open i występ w turnieju głównym traktuję jako nagrodę za mój ból i determinację.

I w pierwszej rundzie US Open była pani bliska zwycięstwa. Mecz trwał ponad dwie godziny, trzy zażarte sety...

- W karierze każdej tenisistki jest bardzo dużo meczów, które jakby się odwróciły, a do tego potrzebne jest dosłownie zdobycie jednego punktu, sytuacja w rankingu byłaby zupełnie inna. Miałam wiele meczów na styku, to był jeden z nich. Cieszę się, że mogę normalnie grać, że mój poziom jest wysoki byleby tylko nie było tych kontuzji, tych boleści.

Jaka jest pani realna pozycja w rankingu WTA? Gdyby nie było tych kontuzji, tych boleści...

- Poziom w tenisie kobiecym bardzo się wyrównał. Decydują detale, przede wszystkim głowa, sfera mentalna, która zawodniczka jest bardziej pewna siebie. Najważniejsze to wygrywać te najważniejsze punkty. Trzeba bardziej się skoncentrować, skupić się na psychice. Moim celem jest wejście na ten wysoki poziom bez określenia dokładnego rankingu. Chcę ogrywać się z zawodniczkami z topu. Wtedy będę się poprawiać także w WTA.

Trenowała pani z zawodniczkami z topu?

- Zdarza się, że na turniejach rozgrzewałam się z niezłymi tenisistkami. Grałam w ubiegłym roku trening z Caroline Wozniacki.

Skoro mówi pani o tych detalach, to czy ma pani psychologa do dyspozycji? Jakim sztabem pani dysponuje? Czy tak licznym jak rywalki?

- Kiedy potrzebuję to korzystam z psychologów. Nie mam zbyt rozbudowanego sztabu. Na to mogą sobie pozwolić zawodniczki, które stać na utrzymywanie mocnego teamu. Wyjazdy na turnieje z 4-5 osobami to kosztowna inwestycja. Mój sztab składa się z trenera Andrzeja Kobierskiego i trenera od przygotowania fizycznego, ale tylko wtedy kiedy jestem w Polsce, Mietka Bogusławskiego, który kiedyś pracował z Jerzym Janowiczem.

Tenis jest dyscypliną w której jak widać pieniądze odgrywają ogromne znaczenie. Jak to było w pani przypadku?

- To bardzo kosztowny sport i wymaga wiele wyrzeczeń. Do tego dochodzi jeszcze niepewność. Większość rodzin ostatecznie decyduje się na szkołę dla dziecka, bo to dużo pewniejsze rozwiązanie. W tenisie nigdy nie wiadomo, czy odniesie się sukces. Przychodzi kontuzja i nagle wszystkie wydatki idą na marne. Nie jest się w stanie grać, trzeba tułać się po lekarzach. Nie było mi łatwo. Kiedy miałam ranking na poziomie 400 nigdy nie było dość pieniędzy, żeby opłacić pieniądze, wyjazdy. Była jakaś pomoc, również z PZT, ale to było ciułanie. Turnieje graliśmy blisko, planowaliśmy je z tygodnia na tydzień.

A pani wiedziała w co się pakuje? Czy może to przykład Agnieszki Radwańskiej przyciągnął panią do tenisa?

- Absolutnie nie. Jako dziecko nie bardzo nawet wiedziałam o kogo chodzi. Mieszkaliśmy bardzo blisko kortów tenisowych. Korty należały do szkoły podstawowej. Był wrzesień, ogłoszenie o naborze, tata zapytał, przyprowadził mnie, a ja chciałam spróbować. Przyjęli mnie, a ja złapałam bakcyla.

Dziś widać, że jest dużo dziewczyn polskich zawodniczek na niezłym, średnim poziomie - Magda Linette, Iga Świątek, Katarzyna Kawa, pani, parę młodych tenisistek, a jeszcze niedawno wydawało się, że po Agnieszce Radwańskiej nic nie będzie?

- Pustka została szybko zapełniona. Bardzo dobrze. Poziom rośnie, a wydawało się, że to będzie trudne. Wszedł w życie program Lotos PZT Team. To bardzo cenna inicjatywa, który pomaga młodym zawodniczkom. Stać je by jeździć na turnieje, czasami z trenerami, ogrywają się, wspinają się w rankingach . Mi to też pomaga. Mobilizuje mnie.

Trudno jednak wejść do tej ścisłej czołówki?

- Różnica między najlepszym i przeciętnymi zawodniczkami się zmniejszyła. Każda dziewczyna może wygrać turniej, każda może przegrać w 1 rundzie. Bardzo się wyrównało wszystko.

Która tenisistka pani zdaniem jest najlepsza? W tym roku cztery różne zawodniczki wygrały cztery turnieje Wielkiego Szlema.

- Myślę, że najlepiej sytuację w tenisie kobiet odzwierciedla ranking ten Porsche Race to Shenzen. Najlepsza była Ashleigh Barty. Australijka jest numerem 1, wygrała Roland Garros i wygrała Masters. Ale nie wiadomo, co będzie w przyszłym sezonie.

A pani cel na przyszły sezon?

- Zagrać na swoim poziomie te turnieje, które planujemy. Ranking będzie efektem całej pracy. Nie chcę wybiegać daleko w przyszłość. Jedna kontuzja może wszystko popsuć, cały plan legnie w gruzach. Ale staram się myśleć pozytywnie.

Jakie ma pani plany na najbliższe tygodnie?

- W grudniu zagram turniej w Dubaju o puli nagród 100 tys. dol. Potem, jeśli się zakwalifikuję chcę wystąpić we francuskim Limoges w turnieju WTA. W nowym roku najpierw wystartuję w Nowej Zelandii, potem czekają mnie eliminacje w Australian Open.

Startowała już pani we wszystkich turniejach Wielkiego Szlema. Który jest pani ulubionym?

- Zdecydowanie przoduje Australia. Wspaniałe otoczenie, organizatorzy wszystkich zawodników traktują tak samo, również tych co grają w eliminacjach. Nie ma żadnej degradacji kwalifikantów. Na innych turniejach to się odczuwa, szczególnie na Wimbledonie, w którym gramy eliminacje w Roethampton, a na główny obiekt nie mamy nawet wstępu.

A czy na każdym turnieju jest czas, żeby coś zobaczyć, pozwiedzać?

- Raczej nie. Musimy się skupić na treningu, potem na odpoczynku. Jak się odpada od razu jedzie się na następny turniej. W Nowym Jorku udało mi się znaleźć czas. Nie miałam w planach następnego turnieju, to poświęciłam jeden dzień na zwiedzanie. Bardzo mi się Nowy Jork podobał.

Rozmawiał Olgierd Kwiatkowski

Dowiedz się więcej na temat: Magdalena Fręch

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje