Na przełomie marca i kwietnia tego roku Dawid Celt, kapitan reprezentacji Polski w Billie Jean King Cup, rozważał powołanie Lindy Klimovičovej do kadry na turniej eliminacyjny w Radomiu. Rywalkami Polek były Szwajcarki i Ukrainki, z gry zaś zrezygnowały: zmęczona Iga Świątek i kontuzjowana Magdalena Fręch.
To o tyle ciekawe, że Klimovičova jeszcze rok temu reprezentowała Czechy, choć od kilku lat mieszkała już w Bielsku-Białej i starała się o polski paszport. W końcu go dostała, ale tamtej jesieni leczyła kontuzję. Straciła sporo punktów w rankingu WTA, musiała nadrabiać straty, by załapać się do kwalifikacji French Open. I właśnie w pierwszej połowie kwietnia wypadł jej kluczowy start w zawodach ITF W75 w Calvi.
- Robiłem podejście pod Lindę, koniec końców dość późno, ale to wynikało z sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Dostała propozycję, żeby pojawić się, przyjechać, poznać trochę lepiej. By pobyła z drużyną - mówił wtedy Celt w podcaście "Break Point". I zaznaczył:
To nie było możliwe w tym terminie, uargumentowała mi to bardzo logicznie, przyjąłem wytłumaczenia, bo były zrozumiałe. Nie szukałem już nikogo dalej
Wtedy w Calvi Linda dotarła do ćwierćfinału, w nim przegrała 2:6, 6:7 (5) z młodszą od siebie o niecały rok Sofią Costoulas. Belgijka kilka dni wcześniej grała w meczu BJK Cup z Węgrami, postawił na nią kapitan drużyny narodowej Wim Fissette, czyli trener Igi Świątek. A ona zadaniu sprostała. Na Korsyce zaś wygrała cały turniej, to także i jej - podobnie jak Polce - dało przepustkę do kwalifikacji French Open. A później także i Wimbledonu oraz US Open.
Teraz doszło do rewanżu. Tuż przed tym, jak nastąpią powołania na listopadowe turnieje BJK Cup, a swoje nominacje ogłoszą Celt i Fissette.
WTA 125 Samsun. Arcyważny mecz Lindy Klimovičovej o półfinał. Rewanż i walka o historyczny ranking
Obie zawodniczki zmierzyły się w ćwierćfinale WTA 125 w Samsunie - mieście na północy Turcji, nad Morzem Czarnym. To sąd jest Samsunspor, który w czwartek wygrał w Warszawie z Legią 1:0 w meczu Ligi Konferencji.
Polka od początku grała "zero-jedynkowo", stawiała na bardzo mocny serwis, ale też ryzykowała na returnie. Kluczowy był jednak serwis, ryzykowała tak pierwszym podaniem, jak i drugim. Miała znakomitą skuteczność, ale pod warunkiem, że... trafiała. Zdarzały się też bowiem i liczne podwójne pomyłki, nawet tuż po sobie. A już cztery w jednym gemie mogły dodatkowo irytować. Taka taktyka była o tyle utrudniona, że przy korcie bardzo mocno wiało.

Wszystko układało się jednak po myśli zawodniczki pochodzącej z Ołomuńca. Pierwszego seta wygrała po 41 minutach 6:3 - zakończyła go asem. Wyszła z opresji w drugim gemie drugiej partii, gdy długo broniła się przed przełamaniem, a Costoulas miała trzy okazje na 2:0. Linda wpadła w "tryb nieszczący", czego się nie tknęła, to zamieniało się w punkt. A jej statystyki skuteczności pierwszego podania aż do końcówki drugiego seta były imponujące.
Pierwsze trzy piłki meczowe uzyskała przy stanie 6:3, 5:1. Nie wykorzystała ich, choć tę pierwszą atakowała po słabym drugim podaniu rywalki już na linii kara serwisowego. Za chwilę było 6:3, 5:2 i 40-0, to Polka serwowała. I... popełniła dwa podwójne błędy, doszedł jeszcze słaby drugi serwis, który Belgijka zaatakowała. Costoulas doszła na 3:5, za moment na 4:5, wkrótce miała dwa break pointy na remis. W pełni kontrolowany mecz zamienił się w horror.
To jednak Linda zdobyła ostatni punkt, ósmy meczbol okazał się skuteczny, wygrała 6:3, 6:4. Po meczu, w którym miała aż sześć asów, ale też i 11 podwójnych błędów.
O finał zagra z Kają Juvan lub Marią Timofiejewą. W rankingu WTA "na żywo" awansowała na 165. miejsce, przed najbliższą weekendową aktualizacją wyprzedzić ją może jeszcze tylko pięć rywalek. A to oznacza, że poprawi swoją rekordową pozycję z początku września, gdy była 171.













