Reklama

Reklama

Roland Garros - start w deszczu i objęciach ochrony

W niedzielę rozpoczął się Roland Garros, drugi w sezonie turniej zaliczany do Wielkiego Szlema. Pierwszy dzień rywalizacji tenisistów w Paryżu przyniósł chłodną i deszczową pogodę, ale też pokazał, że Francuzi przejęli się kwestiami bezpieczeństwa, ale czy realizują je z głową? Raczej nie bardzo.

Mocno deszczowe przedpołudnie nie nastrajało optymizmem, bo oprócz temperatury około 13-14 stopni Celsjusza, ale odczuwalna była jeszcze niższa, nie tylko przez wilgoć, ale i chłodny wiatr. Jednak gry pierwszego dnia turnieju rozpoczęły się bez większych zakłóceń, a jedynie tenisiści musieli się uodpornić na krótkotrwałe przerwy i czekanie pod parasolem, aż ciężkie chmury odejdą znad kortów.

Reklama

O tym, że w takich warunkach można mieć kłopoty z utrzymaniem koncentracji, przekonali się wysoko rozstawieni tenisiści. Choćby Czeszka Petra Kvitova (nr 10.) nie bez trudu wygrała z Danką Kovicić z Czarnogóry 6:2, 4:6, 7:5. Dopiero po pięciosetowym maratonie do drugiej rundy awansował Francuz  Benoit Paire (nr 19.),pokonując jednego ze zwycięzców kwalifikacji - Radu Albota z Macedonii 6:2, 4:6, 6:4, 1:6, 6:4.

Koło godziny 15 opady się nasiliły i tenisiści musieli się udać do szatni.

Roland Garros, rozpoczynający się dokładnie na 20 dni przed meczem otwarcia piłkarskich mistrzostw Europy, ma być jednym z głównych sprawdzianów dla policji i służb bezpieczeństwa przed Euro 2016. Po jesiennych zamachach terrorystycznych w Paryżu wyraźnie zaostrzono środki, choć jeszcze przed rokiem idąc wzdłuż Boulevar d’Auteil można było bez problemu dojść  do głównych bram prowadzących na korty położone w Lasku Bulońskim. Tam dopiero przechodziło się pobieżną kontrolę zawartości plecaków. Ta ostatnia niczym się praktycznie nie różni od poprzednich edycji. Jednak droga do niej się nieco wydłużyła.

Mniej więcej w połowie drogi ze stacji metra Michel-Ange Molitor, w 16. dzielnicy, można natrafić na pierwszą "rogatkę". Ochroniarze proszą o otworzenie toreb i do nich zerkają, a także do rozpięcia kurtek i bluz. Po czym wyrywkowo "omiatają" co drugiego, trzeciego delikwenta urządzeniem do wykrywania metali.

Już niecałe 40 metrów dalej kolejny kordon ochroniarzy, którzy rozdzielają wędrujących na dwie ścieżki: uprzywilejowaną dla posiadaczy wszelakich akredytacji i identyfikatorów oraz zwykłych kibiców, posiadających bilety.

Wreszcie kolejne "zasieki" można napotkać po kolejnych 40-50 metrach, już na skrzyżowaniu bulwaru i alejki prowadzącej do bram usytuowanych blisko Muzeum Tenisa. Tutaj ponownie konieczne jest otwarcie torby oraz badanie wykrywaczem metalu, jednak ponownie jest ono pobieżne, bo maszynka śmiga tylko na wysokości korpusu. W sumie, gdyby się uprzeć, to można by spokojnie przemycić jakiś nieduży nóż w okolicach kostek czy łydek, na przykład.

To jeszcze nie koniec. Dotarcie do bramy prowadzącej to swoista powtórka z rozrywki, choć tym razem z dodatkiem bezpośredniego kontaktu. Tutaj bowiem ochroniarze dłońmi w foliowych rękawiczkach "obmacują"  wszystkich, bez wyjątku. Ale w sumie sprawdzając nie schodzą poniżej kolan, więc nóż w okolicach kostki i przytulony do łydki wciąż można by wnieść na obiekt.

No i zabawne, że nikt podczas tych kontroli nie zajrzał do szerszej  przegródki torby - przesłoniętej dość wyraźną klapą - do której zmieściłyby się spokojnie ze dwie butelki dobrego rocznika Bordeaux, albo, no może lepiej nie piszmy szkicu scenariusza nowej części przygód Jamesa Bonda. Wszyscy, ale też dość pobieżnie w sumie, patrzyli tylko do tylnej przegródki ze schowanym w niej  komputerem.

Z Paryża Tomasz Dobiecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje