Reklama

Reklama

Roland Garros: "Jo-Wi!", czyli Tsonga na drodze do nieśmiertelności

Tenisowa Francja oszalała. "Trójkolorowi" kibice powtarzają tylko w kółko "Allez Jo-Wi!". Jo-Wilfried Tsonga jest dokładnie o dwa kroki od nieśmiertelności, bowiem w piątek powalczy o miejsce w finale wielkoszlemowego Roland Garros na kortach ziemnych w Paryżu.

Rywalem rozstawionego z numerem szóstym Tsongi, który w ćwierćfinale pokonał bez straty seta samego Szwajcara Rogera Federera (nr 2.), będzie Hiszpan David Ferrer (4.).

Reklama

W dotychczasowych trzech pojedynkach dwukrotnie lepszy był Ferrer, w tym raz na korcie ziemnym w Rzymie (2010) i raz na twardym w hali Bercy (2012), gdzie później w finale pokonał Jerzego Janowicza. Natomiast Francuz wygrał tylko raz na trawie w Wimbledonie (2011).

Głód sukcesu jest w Paryżu ogromny, bowiem ostatnim francuskim triumfatorem tego turnieju był Yannick Noah. Niesforny chłopak z dredami na głowie i charakterystyczną szeroką przerwą między górnymi jedynkami w uzębieniu zwyciężył w Roland Garros w 1983 roku.

Dziś, trzy dekady po tamtej wygranej, Noah znów jest w centrum uwagi i to nie za sprawą wydanego niedawno trzeciego albumu z muzyką.

Od pierwszego dnia tegorocznej edycji Roland Garros we wszystkich gazetach szeroko opisywany jest tamten sukces. Mecz po meczu przypominana jest ówczesna droga Yannicka do Pucharu Muszkieterów.

Wszechobecne jest pytanie: "Kto będzie nowym Noahem?". Na starcie turnieju lista kandydatów była dość długa. Znajdowali się na niej m.in.: Richard Gasquet (nr 7.; pogromca Michała Przysiężnego w 2. rundzie), Gilles Simon (15.), Benoit Paire (24.; zwyciężył z Łukaszem Kubotem w 2 rundzie), Jeremy Chardy (25.); Julien Benneteau (30.), Paul-Henri Mathieu, Nicolas Mahut, Michael Llodra czy wreszcie Gael Monfils.

Wszyscy jednak już dawno polegli, a na placu boju pozostał tylko Tsonga. Poprzednio w paryskim półfinale wystąpił Monfils w 2008 roku, a ostatnim finalistą był w 1988 roku Henri Leconte, pokonany wówczas przez Szweda Matsa Wilandera.

Przed "Jo-Wi" trudne zadanie. Można sobie co prawda wyobrazić, że niesiony dopingiem kilkunastotysięcznej widowni na trybunach kortu im Philippe'a Chatriera pokona Ferrera, piątego tenisistę świata.

Jednak w drugim półfinale dojdzie do starcia prawdziwego starcia tytanów. Prowadzący w rankingu ATP World Tour Serb Novak Djokovic spotka się bowiem z "królem kortów ziemnych" - Hiszpanem Rafaelem Nadalem.

27-letni tenisista z Majorki triumfował w Roland Garros siedmiokrotnie w swoich ośmiu startach. Wygrał w nim już 57 meczów, a przegrał tylko raz, ze Szwedem Robinem Soederlingiem w czwartej rundzie w 2009 roku.

Wydaje się, że właśnie raczej w parze Nadal-Djokovic należy upatrywać tenisisty, który w niedzielę będzie trzymał w rękach Puchar Muszkieterów. Dziennik sportowy "L'Equipe" okrzyknął ten półfinał jako "galaktyczne zderzenie wielkich planetoid".

To jednak w niczym nie przeszkadza francuskiej prasie, by od dwóch dni podgrzewać atmosferę i namawiać do głośnego  zagrzewani Tsongi słynnym "Allez, allez les Bleues!" (Francuzi zazwyczaj występują w Roland Garros w niebieskich koszulkach).

Na trybunach, podobnie jak podczas pojedynku z Federerem, zasiądą też rodzice tenisisty gospodarzy oraz szef Jean Gachassin, były rugbista, a obecnie prezes Francuskiej Federacji Tenisowej (FFT), jednej z czterech najzamożniejszych na świecie.

Większość z jej wielomilionowych przychodów stanowią wpływy z organizacji i transmisji telewizyjnych jednej z czterech lew Wielkiego Szlema. Znaczna część trafia na szkolenie młodych talentów i wspieranie czołowych gwiazd tego kraju, które ze względów podatkowych oficjalnie mieszkają i trenują w Szwajcarii. 

Z Paryża Tomasz Dobiecki

Dowiedz się więcej na temat: roland garros | tenis | Jo-Wilfried Tsonga | Paryż

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje