Reklama

Reklama

Roland Garros – ciasno, duszno, mokro i smutno

Tegoroczna edycja turnieju wielkoszlemowego na kortach ziemnych im. Rolanda Garrosa niestety jest dość szara, smutna i przygnębiająca, jak jeszcze nigdy. To dość niefortunna kumulacja zdarzeń mocno zniekształcających kosmopolityczny Paryż i koloryt samej imprezy, w której sport niechcący zszedł na dalszy plan wobec nieubłaganej ekonomii.

Ale może po kolei. No właśnie, tak właściwie od czego zacząć? Skoro wszystko na raz w kumulacji negatywnych emocji. Na dodatek wszechobecne poczucie, że drugi w roku turniej zaliczany do Wielkiego Szlema trochę się jakby dusi, brak organizatorom pomysłu, bo nie świeżej krwi, skoro jest nowy dyrektor - były tenisista Guy Forget, który przecież czuje tę dyscyplinę sportu i zna turniej od podszewki.

Może jednak pierwszy klucz, czyli brak słońca, który zawsze na przełomie maja i czerwca dodatkowo rozgrzewa serca zakochanych, tłumnie odwiedzających najbardziej romantyczną stolicę świata. Brak słońca to też brak gwarnych grupek studentów dyskutujących o później nocy na schodach prowadzących do bazyliki Sacre Ceur, na placu przed wejściem do Centrum Pompidou czy bulwarach nad Sekwaną.

Reklama

Dorośli, ale wciąż młodzi i pełni entuzjazmu do zmieniania świata, w morzu pomysłów i planów na czas, gdy zakończą naukę i zaczną współtworzyć świat wokół nich. Ten żywiołowy ferment twórczy w atmosferze pikników, pełnych bagietek, serów, owoców, często własnoręcznie przyrządzonych sałatek, no i obowiązkowo przyprawiane rozwiązującym języki tanim francuskim winem czy piwem.

Tematów do rozpolitykowanych dyskusji i odważnej krytyki znalazłoby się sporo, bo przecież prezydent i rząd jednogłośnie przekonują naród do dobrowolnej rezygnacji z części przywilejów socjalnych wywalczonych przez związki zawodowe w ostatnich kilku dekadach. Swoisty taniec z zapałkami na beczce prochu, szczególnie w przeddzień piłkarskich mistrzostw Europy, które już od piątku będzie gościć Francja.

Nie trudno było przewidzieć, że związkowcy wykorzystają nadchodzące Euro 2016 do postawienia rządzących krajem pod ścianą. Stąd w ostatnich dniach strajki w największych narodowych koncernach paliwowych, zakładach pracy, protesty na ulicach, starcia z policją.

Do tego groźba sparaliżowania pracy największych stołecznych lotnisk Roissy-Charles de Gaule i Orly, połączona z zapowiedzią buntu pilotów i stewardes narodowego przewoźnika Air France, chwilowo tylko "zamrożony". A przecież tysiąc kibiców mają bilety nie tylko na mecze, ale i loty do francuskich miast organizujących mecze. 

Rozmowy wciąż trwają, a na razie wiadomo, że rekomendacje co do przeprowadzenia strajku są jednoznacznie na tak, więc w oficjalnych komunikatach związkowców pojawia się enigmatyczna informacja, że "do strajku dojdzie jeszcze w czerwcu".

Nikt by się nie zdziwił, jeśli ten temat stanąłby na ostrzu noża już w poniedziałek czy wtorek, albo w trakcie trwania piłkarskiego Euro 2016. W końcu są to bardzo korzystne okoliczności, żeby wywalczyć swoje od rządu.

Swoisty pocałunek śmierci tegorocznemu Roland Garros dała pogoda, najgorsza na przełomie maja i czerwca w Paryżu od co najmniej 160 lat. Być może to i tak optymistyczna diagnoza, ale tego się nie da sprawdzić, bowiem w kronikach miejskich pierwsze bardziej szczegółowe wpisy pojawiły się w 1966 roku.

- Roland Garros zawsze kojarzy się ze słońcem, upałami, radosnymi barwami, bo promienie słońca wydobywają intensywny pomarańczowy kolor mączki. Paryżanki ubierają wtedy letnie sukienki z miłymi dla oka dekoltami, odsłaniające nogi i wtedy człowiek wie, że jest w Paryżu. A tak mamy kurtki, parasole, peleryny, korty są brązowe, a nie pomarańczowe. Takiego smutnego turnieju tu nie pamiętam - powiedział Interii były amerykański tenisista John McEnroe, były lider rankingu ATP World Tour.

No właśnie, zamiast upałów temperatury rzędu 13-15 stopni Celsjusza, zamiast słońca szaro-czarne chmury wiszące cały czas nad głowami, no i przygnębiające, powracające każdego dnia ulewne deszcze, które mocno zmieniały plan gier, a w poniedziałek 30 maja uniemożliwiły rozegranie choćby jednej piłki.

Był to zaledwie trzeci w historii turnieju dzień, w którym nie udało się rozegrać ani jednego meczu. Poprzednie miały miejsce w 1930 i 2000 roku. To wyraźnie wprowadziło ogromny stres w działania organizatorów, którzy następnego dnia na siłę dążyli do rozegrania choćby części spotkań, zmuszając tenisistów do gry w mżawce, na kortach przypominających błoto i mokrymi piłkami.

Te warunki mocno osłabiły skuteczność gry m.in. Agnieszki Radwańskiej (nr 2.) i Rumunki Simony Halep (6.), które nieoczekiwanie odpadły wtedy w czwartej rundzie, choć w niedzielę - przy umiarkowanie dobrej pogodzie - początki meczów toczyły się po ich myśli. Seta przegrał z dużo niżej notowanym rywalem sam Novak Djoković, nie kryjąc złości i frustracji - rzucona przez niego na ziemię rakieta odbiła się od kortu i omal nie uderzyła sędziego liniowego, co mogło się skończyć dyskwalifikacją Serba.

Na konferencjach prasowych temat nieodpowiedzialnego wpuszczania tenisistów na korty i zmuszanie ich do gry w deszczu, przewinął się kilkanaście razy. Nie tylko tych, którzy odpadli z turnieju.

- Sprawa się rozejdzie pewnie po kościach. Właściwie szkoda, że to Djokoviciowi nie przytrafiła się porażka w tych warunkach, bo wtedy sprawy nie dałoby się zamieść pod dywan. Ale tak zawsze można powiedzieć, że Agnieszka czy Simona miały po prostu słabszy dzień i szukają uzasadnienia dla swoich porażek. My z Leanderem też musieliśmy grać i obaj nie pamiętamy sytuacji, żebyśmy w jakimkolwiek turnieju kazano grać nam w deszczu, dosłownie w deszczu. Bo to nie były przerwy w opadach, tylko przejaśnienia, generalnie, zamiast ulewy mżawka - powiedział Interii Marcin Matkowski, który w Paryżu dotarł z Leanderem Paesem z Indii do ćwierćfinału debla.

- Ja mogę powiedzieć tylko, że jestem szczęściarzem, że tego dnia nie miałem wyznaczonego meczu, ale widziałem co się dzieje. Trudno usprawiedliwić działania organizatorów, to parcie za wszelką cenę do gry, gdy pogoda na to nie pozwalała. Być może gdyby we wtorek wszyscy tenisiści się zbuntowali i nikt z nich nie wyszedł na kort, to wtedy dyrektor turnieju i supervisor musieliby ustąpić. A tak, to sprawa jest niestety nie do odkręcenia, pozostanie tylko niesmak, szczególnie żal Agnieszki, bo uważam, że w normalnych warunkach do gry nie przegrałaby tego meczu - powiedział Interii Łukasz Kubot, deblowy półfinalista tegorocznego Roland Garros w parze z Austriakiem Alexandrem Peyą.

Uciążliwe i obfite opady deszczu miały konsekwencje  mocno wykraczające poza tenis i korty położone w Lasku Bulońskim. W gazetach francuskich i doniesieniach telewizyjnych temat strajków zszedł nieoczekiwanie na drugi plan wobec zagrożenia powodziowego i ciągłych komunikatów o szybko podwyższającym się poziomie wód Sekwany.

Nie chodziło już tylko o zalane bulwary nad rzeką, na których o tej porze roku kwitnie życie studenckiej braci. Okazało się, że realne stało się zalanie najniższych kondygnacji ekspozycyjnych pełnego unikalnych zabytków na skalę światową muzeum w Luwrze oraz wystawy impresjonistycznych obrazów, z których słynie Museum d’Orsey.

Do tego doszły przygnębiające informacje o rosnącej liczbie ludzi uciekających z zalanych domów w kilku regionach Francji, które sprawiały nie tylko, że tenis czy nadchodzące Euro 2016 znikały w cieniu ludzkich tragedii, ale powodowały ogólnie przygnębiającą atmosferę, w której chyba nikt nie pamiętał o możliwym trzecim źródle potencjalnego nieszczęścia, czyli zagrożeniu antyterrorystycznym.

Owszem, taka fatalna pogoda w Paryżu zdarzyła się po raz pierwszy co najmniej od 160 lat, a być może w całej historii tego miasta. Oczywiście trudno mieć pretensje do rządzących krajem, że właśnie teraz na gwałt szukają cięcia kosztów, ratując napięty do granic możliwości budżet, poprzez ograniczenie świadczeń socjalnych i pracowniczych, co wiadomo, że wywoła strajki.

Jednak ta kumulacja zdarzeń obnażyła mocno słabość Roland Garros, który z czterech turniejów zaliczanych do Wielkiego Szlema dysponuje najbardziej ciasnym obiektem, najmniejszą liczbą kortów. Doszło bowiem do tego, że uczestniczy rywalizacji w singlu, podczas nadrabiania opóźnień spowodowanych przez deszcze, nie mogli nawet przez 30 minut trenować na głównych kortach przed swoimi meczami. Zwyczajnie nie było na to miejsca przy maksymalnie upchanym planie gier.

Przy braku słońca atmosfery wielkiego święta tenisowego nie mogli też poprawić cyrkowcy chodzący na szczudłach czy jeżdżący na monocyklach, żaglujących piłeczkami i rakietami, ani małe muzyczne bandy, które przypominały raczej orkiestrę grającą na pokładzie tonącego Titanica.

Przed Francuską Federacją Tenisową i nowym dyrektorem Roland Garros - Guy Forgetem spore wyzwanie, bo widać że konwencja turnieju jest zbyt ciasna, zbyt duszna i pozbawiona klarownej perspektywy rozwoju. Po tegorocznej edycji dodatkowo doszły uzasadnione żale tenisistów i tenisistek ze ścisłej światowej czołówki.

To głosy, które powinny zostać dostrzeżone, a nie zamiatane pod dywan. Bo trudno będzie mówić sobie dalej z dobrym samopoczuciem: "show must go on", jeśli zbuntują się główni aktorzy dramatu, którzy przyciągają wielkich sponsorów, kibiców i obiektywy kamer telewizyjnych z całego świata.

Z Paryża Tomasz Dobiecki


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL