Reklama

Reklama

Roland Garros: Banalne "bonjour" zawsze pomaga w Paryżu

Wielkoszlemowy turniej, który rozpoczął się w niedzielę na kortach im Rolanda Garrosa (pula nagród 18,718 mln euro) to dla przyjezdnych kibiców tenisa zetknięcie, często bolesne, z mało przyjaznymi paryżanami. Chyba, że jak mantrę powtarza się słowo "bonjour".

Chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że zwrot "dzień dobry", to jeden z fundamentalnych elementów dobrego wychowania, jak "proszę" czy "dziękuję". Jednak w stolicy Francji banalne "bonjour" jest nie tylko zwykłą formułką grzecznościową, ale i swoistym wytrychem do gburowatości i niechęci do obcych ostentacyjnie demonstrowanej przez paryżan.

Turyści na całym świecie zazwyczaj starają się posługiwać językiem angielskim, najbardziej uniwersalnym i powszechnym. Jednak w Paryżu "good morning", "hello" czy bezpośrednie "hi" może zadziałać raczej jak płachta na byka.

Reklama

Taki wstęp jest niemal gwarancją tego, że jeśli pytamy "tubylców" o drogę czy konkretne miejsce, to wskażą nam dokładnie przeciwny kierunek, bełkocząc coś po francusku w tempie pocisków wystrzeliwanych z karabinu maszynowego.

Jeśli po tej przysłudze nie powiemy "merci" i "bonjouree" (z wypowiadanym wydłużonym "e" na końcu), to możemy być niemal pewni krótkiego aczkolwiek dosadnego monologu za plecami dotyczącego naszych manier i nieuprzejmości.

"Jeśli jesteś w Paryżu musisz wiedzieć, że jego mieszkańcy uważają, iż żyją w najważniejszym mieście świata. Nie lubi się tu obcych, szczególnie turystów, ale nawet im daje szansę, ale tylko jedną. Nie warto więc jej marnować. Największym i najczęściej niewybaczalnym jest brak magicznego słowa "bonjour" lub "bonsoir", w zależności od pory dnia" - zapewniała w jednym z wywiadów znana aktorka Catherine Deneuve, z pochodzenia paryżanka.

Faktycznie. Prawdziwymi mistrzami ignorowania przyjezdnych są paryscy kelnerzy i barmani, na których uwagę trzeba sobie zasłużyć. Głośne "bonjour" w drzwiach daje szansę, że nasze wejście do lokalu zostanie w ogóle dostrzeżone.

Podobnie jest w cukierniach, kafejkach, ale często także w sklepach, nawet tych małych spożywczych, którymi nastroszone są wąskie ulice.

Zresztą w Paryżu zwykłe "bonjour" wypowiedziane nawet do uroczej nieznajomej mijanej na ulicy nikogo nie zaskoczy, a co najwyżej wzbudzi miły uśmiech, a nawet czasem zalotne spojrzenie.

Ponoć mistrzem był w tej dziedzinie nieżyjący już aktor i piosenkarz Maurice Chevalier. Można się o tym przekonać choćby w ekranizacji musicalu "Gigi" z niezapomnianą Audrey Hepburn w tytułowej roli.

W jednej z pierwszych scen ten elegancki starszy pan jadąc dorożką po mieście co chwilę wstaje, a zdejmując kapelusz i kłaniając się, mówi "bonjour" każdej napotkanej damie zaprzątającej jego uwagę. 

W sumie może trochę dziwić, że mieszkańcy stolicy Francji tak wielką uwagę poświęcają temu, żeby zniechęcić do siebie przyjezdnych. W końcu przychody z turystyki, tłumnych odwiedzin licznych muzeów, galerii oraz korzystania przez nich z niebywale rozbudowanej gastronomii, stanowią pokaźną część przychodów do budżetu miasta.

Ale skoro "ten typ tak ma", jak się czasem mówi, to chyba warto w każdej paryskiej restauracji, kafejce czy sklepie, głośno życzyć dobrego dnia nawet kilkakrotnie. To nic przecież nie kosztuje, a słowa "bonjour", "bonsoir" na powitanie czy pożegnalne "bonjouree" i "bonsoiree" łatwo zapamiętać.

Biorąc pod uwagę, że mamy możliwość przebywania w "najważniejszym mieście świata" i stykając się z jego dumnymi mieszkańcami, powinniśmy zrozumieć, że w takim towarzystwie i miejscu każdy dzień czy wieczór muszą być dobre. Warto więc nie skąpić "bonjour" i "bonsoir" na każdym kroku.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama