Reklama

Reklama

Radwańska opala się w paski, je kebaby i kocha buty

Początki kariery Agnieszki Radwańskiej to podróże starym Oplem i tanie noclegi w akademikach. Teraz jedna z najlepszych tenisistek świata przyzwyczaiła się do wyższego standardu życia, jednak nie nabrała cech gwiazdy i stara się zachować normalność.

Tenisistka z Krakowa, obecnie 11. w rankingu WTA Tour (była już ósma na świecie), od kilkunastu lat trenuje razem z młodszą siostrą Urszulą pod okiem ojca Roberta Radwańskiego. Gdy startują jednocześnie w dwóch różnych turniejach, jednej z nich towarzyszy matka, Marta.

Jak zmieniło się pani życie w ciągu ostatnich kilku lat, po awansie do światowej czołówki?

Agnieszka Radwańska: - To, co było kiedyś, a teraz, to zupełnie inny świat. Jak niebo i ziemia. Ale pamiętam wszystko ze szczegółami. Jeździliśmy po Polsce, po małych turniejach, nocując w akademikach i schroniskach, możliwie najtaniej. To trochę szokujące, jeśli patrzy się z obecnej perspektywy. Często się z Ulą śmiejemy, jak nam coś nie pasuje, choćby hotel, że nam się już chyba w głowach poprzewracało. W końcu przeszłyśmy drogę od akademika do Sheratona, a to dwa zupełnie inne światy. Przecież wcześniej często mama nam gotowała obiady, ale były też bary mleczne czy kebab. Zresztą nawet teraz, jak się gdzieś spieszę, a nie mam czasu, to zjadam kebab.

Reklama

Kebab? To odpowiednia potrawa dla sportowca?

- Nie przesadzajmy, nie tuczy tak bardzo, jak hamburgery czy frytki. Chociaż właściwie ja lubię i takie jedzenie. Nawet bardzo i od czasu do czasu mogę sobie na to pozwolić. Czasem pracownicy fast foodów patrzą na mnie dziwnie, więc bywa zabawnie, ale przecież to nie grzech od czasu do czasu zmienić kuchnię. Mogę sobie pozwolić na takie jedzenie, bo przecież dużo ćwiczę i biegam po korcie.

To jedna z czołowych tenisistek świata nie jada wyłącznie w eleganckich restauracjach?

- Bez przesady. Staram się cały czas być tą samą osobą, jaką zawsze byłam. Tylko wobec ludzi, których nie znam zachowuję dystans, ale trudno być ufnym wobec obcych. Czasem to może być odebrane jak "gwiazdorstwo" i pewnie mówi się wtedy, że odbiła mi woda sodowa. Ale jestem normalna, zachowuję się zwyczajnie i mam stałe grono przyjaciół, którymi się otaczam od lat.

Czyli liczba przyjaciół jest niezmienna, w przeciwieństwie do ilości butów w szafie?

- To prawda, muszę przyznać, że mam dużo par butów, naprawdę bardzo dużo. Właściwie nie potrafię powiedzieć, ile dokładnie. Zdaję sobie sprawę, że niektóre zakładam tylko kilka razy w roku, ale ich nie wyrzucam. Mam je parę ładnych lat, a przez to, że się praktycznie nie niszczą, ich ilość wciąż rośnie i rośnie. To po prostu taka babska sprawa, żeby mieć buty na każdą okazję, żeby zawsze pasowały... Coraz trudniej jednak jest znaleźć na nie miejsce. Ale jest szansa, że to się zmieni, bo kilka dni temu kupiłam mieszkanie. Chyba najbardziej lubię szpile, nawet te wysokie. W szpilkach czuję się tak samo dobrze, jak w butach sportowych, a nawet lepiej. To chyba normalne, że chce się atrakcyjnie wyglądać poza kortem...

Podczas turniejów ma pani wiele okazji do pojawiania się w strojach wieczorowych, z pełnym makijażem. Czy to forma rekompensaty za mnie efektowny wygląd na korcie?

- Kiedy gdzieś wychodzimy, to zawsze korzystamy z okazji, żeby ubrać się wyjątkowo i zadbać o siebie. Czasem nawet się śmiejemy, że nie możemy same siebie poznać w lustrze. Na co dzień gramy często w strasznych upałach, jesteśmy spocone, zdyszane, zmęczone, a nieraz do tego wściekłe jak gra nie idzie. Na pewno daleko nam wtedy do niektórych pań na trybunach, ze zrobionymi włosami i paznokciami, elegancko ubranych i z okularami przeciwsłonecznymi na nosie. Najgorsze w tenisie jest jednak to, że przez większość roku gramy w słońcu i opalamy się przez to w paski, choćby nogi między butem a spódnicą. Później człowiek dziwnie się czuje na basenie czy na plaży.

Rozmawiał Tomasz Dobiecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje