Polka doszła do ściany i podjęła decyzję. Teraz mówi wprost "Granica jest bardzo cienka"
Polskie tenisistki przed własną publicznością staną przed dużym wyzwaniem. O prawo gry w turnieju finałowym Pucharu Billie Jean King zmierzą się z Ukrainą. W składzie "Biało-Czerwonych" zabraknie jednak Igi Świątek. Decyzję naszej liderki skomentowała w rozmowie z Interią Katarzyna Kawa. Polka podsumowała także swoje niedawne występy i opowiedziała o zmianach, które wprowadziła w ostatnim czasie - Były chwile, kiedy zastanawiałam się, czy w ogóle dalej kontynuować grę w tenisa - przyznała. Jej cel pozostaje jednak wciąż niezmienny.

W ten weekend miłośników polskiego tenisa czekają duże emocje. W Gliwicach polska reprezentacja zmierzy się z Ukrainą w walce o awans do turnieju finałowego Pucharu Billie Jean King.
Pod nieobecność Igi Świątek Polki staną przed trudnym zadaniem. Liderką zespołu będzie Magda Linette, a kluczową rolę odegra również doświadczona Katarzyna Kawa, która w piątek zmierzy się z Eliną Switoliną. Kolejnego dnia w rywalizacji deblowej Kawa wystąpi wraz z Mają Chwalińską, a rozgrywki zakończy pojedynekiem z Martą Kostiuk.
Katarzyna Kawa zdecydowała się na zmianę. "To moment, w którym dochodzi się do ściany"
Natalia Kapustka, Interia Sport: Ostatni turniej w Bogocie zakończyła pani w ćwierćfinale. Czy pozostał lekki niedosyt?
Katarzyna Kawa, polska tenisistka: Tak, szczególnie po pierwszych dwóch meczach, które zagrałam bardzo dobrze. Mecz ćwierćfinałowy nie był już najlepszy w moim wykonaniu. Przeanalizowałam go z trenerem, żeby zrozumieć, co poszło nie tak, bo na pewno chcemy zapobiegać takim spadkom w przyszłości. Mimo to cały turniej uważam za udany, głównie dzięki tym pierwszym dwóm spotkaniom, które stały na bardzo wysokim poziomie.
Początek meczu był bardzo wyrównany - dobrze weszła pani w spotkanie, ale rywalka wróciła do gry i o wyniku seta zdecydował tie-break. Co, z pani perspektywy, miało kluczowe znaczenie w drugiej partii?
Warunki w Kolumbii są bardzo trudne - turniej rozgrywany jest na wysokości około 2500 metrów. Przez to łatwo stracić kontrolę zarówno nad piłką, jak i nad własnym ciałem. W momencie, gdy coś zaczyna choć trochę nie funkcjonować, szybko pojawiają się duże błędy. Granica jest bardzo cienka - chwila nieuwagi i set może uciec. Myślę, że właśnie to się wydarzyło
Czy po takich trudniejszych meczach odzywa się jeszcze w pani wewnętrzny autokrytyk?
- Już nie. Myślę, że na tym etapie kariery nauczyłam się z nim negocjować i nie dopuszczać go zbyt często do głosu. Na dłuższą metę jest to bardzo męczące i nie wnosi nic dobrego do kariery.
W sporcie coraz częściej mówi się o przygotowaniu mentalnym. Jak pani to widzi - na ile w tenisie decyduje głowa, a na ile fizyczność?
- Przygotowanie mentalne jest bardzo ważne - nie tylko w tenisie, ale w sporcie i w życiu w ogóle. Nawet wykonując najlepszą możliwą pracę i trenując bardzo ciężko, jeśli głowa nie pozwoli pokazać tego w odpowiednim momencie, to nic się nie uda. Z kolei ciągłe obwinianie się po porażkach na dłuższą metę sprawia, że traci się radość, pasję i chęć do pracy. Być może w krótkim okresie daje to pewien efekt motywacyjny, ale zawsze dochodzi się do granicy. Dlatego uważam, że sfera mentalna jest kluczowa. Oczywiście nie wystarczy samo nastawienie - musi iść w parze z treningiem i przygotowaniem fizycznym. To jeden z elementów całej układanki.
Czy był w pani karierze moment, w którym tenis przestał sprawiać radość?
Tak, myślę, że miałam dwa takie momenty. Były chwile, kiedy zastanawiałam się, czy w ogóle dalej kontynuować grę w tenisa. To moment, w którym dochodzi się do ściany - albo coś się zmieni, albo to się kończy, bo nie ma już innej drogi. Ja zdecydowałam się zmienić sposób myślenia i swoją wewnętrzną narrację. To pozwoliło mi pójść dalej, ale już inną drogą
Przed wami mecze reprezentacyjne - z tyłu głowy zapewne wciąż jest zwycięstwo w United Cup. Ile ono dla pani znaczyło i co też dało?
- To zwycięstwo to chyba najcenniejsze trofeum w mojej dotychczasowej karierze - największy puchar, jaki miałam w rękach. Dało mi bardzo dużo pewności siebie i pokazało, że mam poziom, by rywalizować na najwyższym szczeblu. Pod tym względem było dla mnie ogromnym zastrzykiem motywacji i wiary w to, że idę w dobrym kierunku.
A przed decydującym meczem, kiedy wiadomo, że to spotkanie "o wszystko", serce bije mocniej?
- Zdecydowanie tak. Stres jest duży, ale jako sportowcy uczymy się z nim funkcjonować. Ja nadal go odczuwam, ale już nie panikuję z tego powodu. Myślę, że to właśnie daje doświadczenie - mimo stresu jestem w stanie w miarę jasno myśleć i działać. Wcześniejsze doświadczenia, kiedy grałam ważne mecze bardzo mi pomogły. Dzięki temu w Australii potrafiłam wyjść na kort i zagrać naprawdę dobrze.
Gra dla reprezentacji przed własną publicznością to większa presja czy dodatkowa motywacja?
- To zdecydowanie jedno i drugie. Sama atmosfera - hala, jeden kort i kilka tysięcy osób skupionych na tobie sprawia, że czuje się na sobie ogromną uwagę, co naturalnie buduje presję. Tym bardziej że gra się dla kraju, czyli o coś większego niż tylko własna kariera. Z drugiej strony to również ogromna motywacja i zaszczyt - występ z orzełkiem na piersi i możliwość zdobywania punktów dla Polski. Takie wydarzenia są też ważne dla całego tenisa i sportu kobiecego w kraju. To wyjątkowe doświadczenie, którym można podzielić się z kibicami. A ich wsparcie jest nieocenione - naprawdę niesie i dodaje wiatru w skrzydła. Podsumowując, uważam to za bardzo pozytywne przeżycie - tej motywacji jest zdecydowanie więcej niż presji.
W poprzednim sezonie nie udało się awansować do czołowej fazy. Teraz ponownie czeka was mecz z Ukrainą. Czy jest w was sportowa chęć rewanżu?
- Zdecydowanie tak. Czeka nas bardzo trudne zadanie, ale tym razem rywalizacja ma nieco inny format - gramy do trzech wygranych punktów, a nie do dwóch, jak ostatnio. Mamy nadzieję na rewanż, zwłaszcza że zagramy przed własną publicznością
Ukrainki wystąpią w bardzo mocnym składzie, a u nas wiadomo, że zabraknie Igi Świątek. Czy to dla was dodatkowe wyzwanie?
Tak, na pewno. Iga jest ogromnym wzmocnieniem reprezentacji - można powiedzieć, że stanowi jej ważną bazę. Zdarza się nawet, że przeciwniczki wykruszają się z rywalizacji właśnie ze względu na jej obecność. Oczywiście dobrze byłoby mieć ją w składzie, ale wszyscy rozumiemy, że tenis to sport indywidualny - każdy ma swoje cele i czasem pojawiają się różne okoliczności. Widocznie tym razem nie mogła z nami być i nikt nie ma do niej o to pretensji
W składzie jest mieszanka doświadczenia i młodości - z jednej strony pani i Magda, z drugiej Maja i Linda. Jak w takim zestawieniu wygląda atmosfera w drużynie?
- Szczerze mówiąc, nie odczuwam dużej różnicy pokoleń. Z Mają często spotykamy się na turniejach, grałyśmy też razem debla. Fajnie jest patrzeć, że dziewczyny mają przed sobą jeszcze wiele lat kariery. Mogą czerpać z naszego doświadczenia i - mam nadzieję - unikać błędów, które my kiedyś popełniałyśmy. Natomiast w codziennym funkcjonowaniu ta różnica praktycznie się zaciera i w ogóle jej nie odczuwamy.
Jest pani typem zawodniczki, która ogląda inne mecze, czy raczej po zejściu z kortu potrzebuje się od tenisa odciąć?
- Raczej potrzebuję odpocząć od tenisa i nie zaglądam na korty w trakcie turnieju, jeśli nie muszę. Miałabym poczucie, że cały czas jestem w pracy, a to na dłuższą metę byłoby męczące. Lubię jednak oglądać tenis - zdarza się, że w domu włączam mecze. Patrzę na nie również pod kątem nauki i staram się wzorować na niektórych zawodnikach. Czasem zdarza mi się robić to w wolnym czasie, ale na turniejach nie jest to na pewno mój pierwszy wybór.
Niezmienny cel polskiej tenisistki. "Tenis musi sprawiać mi radość"
W opisie pani mediów społecznościowych pojawia się hasło "ludzka strona sportu". Jak pani je rozumie?
- Tworząc swój profil, od początku wiedziałam, że chcę, aby był autentyczny. Nie lubię udawania ani kreowania rzeczywistości, która nie istnieje. Często, patrząc na profile sportowców, mam wrażenie, że są one tworzone "pod publiczność" - wszystko jest piękne i kolorowe, nawet jeśli w rzeczywistości tak nie jest. Ja staram się pokazywać sport takim, jaki jest naprawdę. Oczywiście nie jestem w stanie relacjonować całej codzienności, bo to wymagałoby zbyt dużo czasu i energii, ale dzielę się tym, co faktycznie przeżywam i jak ten sport rozumiem.
W pani wypowiedziach często pojawia się też ta trudniejsza strona tenisa - na przykład kwestie finansowe i realia na różnych poziomach rywalizacji.
Zdecydowanie tak. Staram się pokazywać, że nie zawsze jest kolorowo. Często widzę rodziców, którzy kierują swoje dzieci w stronę tenisa z myślą, że przy odpowiednim nacisku osiągną one sukces finansowy na poziomie Igi Świątek. Tymczasem trzeba pamiętać, że Iga jest jedna - nie tylko w Polsce, ale i w światowej czołówce. Już w okolicach dwusetnego miejsca w rankingu zaczyna się robić naprawdę trudno i często przestaje się to opłacać
- A mówimy przecież o 200 najlepszych tenisistkach na świecie, przy ogromnej konkurencji. Dlatego z jednej strony zachęcam do uprawiania tenisa, bo to piękny sport, ale też trzeba złapać większy dystans i odpowiednią perspektywę.
Z drugiej strony w pani opisie pojawia się też hasło "Chasing dreams". Czyli jednak ta bardziej pozytywna strona sportu - pogoń za celami i marzeniami. Czy awans do top 100 wciąż pozostaje głównym celem?
- Na ten moment zdecydowanie tak. Tenis musi sprawiać mi radość - i nadal ją sprawia. Mam w sobie dużo energii, żeby dążyć do realizacji swoich celów. Dopóki tak jest, będę grać. Nie byłabym w stanie robić tego tylko "z obowiązku", jak pracy, której się nie lubi - w moim przypadku to by po prostu nie zadziałało. Dlatego angażuję się w to w stu procentach.
Jakiś czas temu w pani zespole zaszły zmiany. Jak obecnie wygląda pani team?
- Zmiany nastąpiły nieco ponad rok temu, na początku 2025 roku. Obecnie pracuję z trenerem Maćkiem Domką oraz trenerem przygotowania fizycznego Maciejem Ryszczukiem, który współpracuje również z Igą Świątek. To mój zespół od ponad roku - jestem z niego bardzo zadowolona, niczego nie zmieniałam i nie planuję zmian.















