Po jej ucieczce Czesi wpadli w panikę. Nagle takie klauzule w kontraktach
- Linda jest z nami bardzo związana. U nas czuje się, jak w domu, tu ma chłopaka, bardzo lubi nasz klub, więc tu chodzi nie tylko o polski papier. Zresztą ona już pokazała, jak jej zależy. Trochę musiała poczekać na to, aż prezydent da jej obywatelstwo - Piotr Szczypka, prezes BKT Advantage, w rozmowie z Interią odsłania kulisy "transferu" Lindy Klimovicovej z Czech do Polski. Gdy Czesi się o wszystkim dowiedzieli, byli wściekli.

Dariusz Ostafiński, Interia: Jak to się stało, że Linda Klimovicova została zawodniczką najlepszego klubu tenisowego w Polsce?
Piotr Szczypka, prezes BKT Advantage: - Jesteśmy blisko czeskiej granicy, współpracujemy z czeskimi trenerami i zawodnikami. A Lindę znał Jaroslav Machovsky, trener Mai Chwalińskiej. Linda jako 15-latka borykała się w Czechach z problemami i zaczęła do nas przyjeżdżać na treningi, a jako 16-latka zaczęła grać w naszej drużynie. Przepisy na to pozwalały.
Co było dalej?
- Dalej okazało się, że jej ojciec znał mojego zmarłego tatę. Z pracy. Mój tata prowadził firmę Strumet, która jest głównym sponsorem BKT Advantage, a Marek, tata Lindy, współpracował z firmą mojego ojca. To nie wyszło przy pierwszym spotkaniu. Po prostu kiedyś Marek zapytał, czy ja mam coś wspólnego ze Strumetem.
To pytanie zmieniło życie Lindy Klimovicovej
Rozumiem, że potem już poszło.
- Tak, ale bardziej dzięki Lindzie. Ona sama stwierdziła, że ma u nas lepsze warunki do rozwoju. Jeszcze zanim zjawił się tata, zdążyła nas poznać, zaprzyjaźnić się z nami.
I wtedy pan rzucił pomysł, żeby została Polką?
- Jak już się tak dobrze poznaliśmy, to tak, wpadłem na ten pomysł. Choć nie wierzyłem, że oni się zgodzą, bo wtedy Linda nie miała jeszcze 18 lat i to musiała być decyzja jej i rodziców. Tak już jednak mam, że nie boję się zadawania trudnych pytań i związanego z tym ryzyka, więc faktycznie kiedyś rzuciłem do Lindy: a może byś tak zrobiła polskie obywatelstwo.
A ona na to?
- Że chętnie. Powiedziała oczywiście, że jeszcze porozmawia z rodzicami, ja też z nimi pogadałem i poszło.
Czechom, jak rozumiem, nie zależało za bardzo na Lindzie.
- Ona trenowała w Prostejovie, gdzie gwiazdą był Mensik. Ona tam zawsze była tą drugą, tak to przynajmniej relacjonowała. A u nas czuła się dobrze, bo miała dobry kontakt nie tylko z trenerem Machovskim, ale też Mają Chwalińską. Uznała, że ten projekt daje jej większe możliwości. Zresztą wiele było takich sytuacji, że sponsorzy podchodzili do mnie i pytali, co to za dziewczyna. Chcieli pomóc, ale jak słyszeli, że to Czeszka, to wtedy padało: no, ale jak to wspierać Czeszkę.
Prezydent kazał jej czekać 18 miesięcy, a Czesi byli źli
Jeszcze, jakby to był taki tenisowy Olisadebe?
- No tak, jakby była gwiazdą, to pewnie byłoby łatwiej. Ale teraz, jak się uda, to będzie to nasza wspólna gwiazda. Jest z nami bardzo związana. U nas czuje się jak w domu, tu ma chłopaka, bardzo lubi nasz klub, więc tu chodzi nie tylko o polski papier. Zresztą ona już pokazała, jak jej zależy. Trochę musiała poczekać na to, aż prezydent da jej obywatelstwo.
Ile?
- W sumie te procedury trwały półtora roku. W końcu papiery trafiły na biurko prezydenta Andrzeja Dudy. W październiku miną dwa lata od ich podpisania.
Jak teraz Czesi reagują na polską Lindę Klimovicovą?
- Lubią ją. Ma tam przyjaciółkę, która nie zerwała z nią kontaktu, dlatego, że została Polką. Czasem sobie zażartują: jesteś Polką, to jak ja mam teraz do ciebie mówić, ale nie ma złej krwi. Znam wiceprezesa czeskiego związku Hynka. Początkowo był na mnie trochę zły, ale mu przeszło. Dalej się przyjaźnimy.
Jak Klimovicova zacznie odnosić sukcesy, to złość może wrócić. Coś na zasadzie, że też taką dobrą zawodniczkę puściliśmy do Polski.
- Sprawa z Klimovicovą stanowiła pewien precedens. Po tym wszystkim Czesi zaczęli podpisywać z zawodnikami umowy, że w przypadku zmiany obywatelstwa muszą się rozliczyć ze związkiem. To zresztą działa też u nas. Jak Polak będzie chciał zmienić obywatelstwo, to też musi to zrobić.
Procenty z milionów. Klimovicova ma taki kontrakt z polskim klubem
Oglądałem pana w programie Trzeci Serwis, gdzie opowiedział pan o bardzo ciekawym pomyśle wspierania zawodniczek.
- To jest taki czeski program, bo jak zaczynaliśmy organizować klub, to wiele pomysłów zaczerpnąłem właśnie stamtąd. Bo w Czechach jest tak, że zawodnicy dostają dużą pomoc z klubu, a jak stają się gwiazdami, jak im się powiedzie, to zwracają kilka procent do kasy klubu, żeby ten miał pieniądze na pomoc kolejnym młodym zawodnikom. Jak sobie to wszystko w głowie ułożyłem, to wyszło mi na to, że to ma sens. Maja Chwalińska ma taką umowę biznesową z naszym klubem i Linda też.
To kiedy one będą musiały wam zapłacić?
- Jak będą w setce, czy pięćdziesiątce przez parę lat, jak zarobią miliony, to wtedy jakieś procenty zostaną im odliczone. One nie mają z tym problemu, są tego świadome. Tu mają świetne warunki, jakich nigdzie indziej by nie miały. Ja jestem menedżerem tych zawodniczek, mówię o Mai i Lindzie i powiem, że kiedyś robiłem taką kalkulację, z której wynika, że 90 procent tego, co one osiągnęły, to zasługa samych zawodniczek, ich rodziców i szeroko pojętego klubu. Te 10 procent zostawiam dla związku.
Wielkie zmiany u Klimovicovej i szansa na sukces
W jakim miejscu kariery jest Linda?
- W takim, że nie ma co pompować balonika. Ma dopiero 21 lat i już ma dużo plusów, jak na swój wiek. Jest też jednak dużo do zrobienia. Zwłaszcza fizycznie. Tam jest jednak potencjał. Jako juniorka była jedenasta na świecie, doszła do półfinału wielkiego szlema w Wimbledonie.
Teraz jest na 157. miejscu w rankingu WTA.
- I to jest dobry wynik, jak weźmiemy pod uwagę, że rok temu złamała kostkę, że przez długi czas była wyjęta z gry, że naprawdę dużo się wokół niej dzieje. Z tych młodych zawodniczek, które mocno się wybiły i są wyżej od Lindy, to wymieniłem Mboko i Tagger. Jednak nasza Linda też jest wysoko, jak na swój wiek i okoliczności.
Ona sama mówiła u Lecha Sidora, że haruje.
- Bo to prawda. Ma nowego trenera Tomasza Iwańskiego, pracuje też z Mietkiem Bogusławskim, który jest takim guru od przygotowania fizycznego. Ja nie chcę wróżyć, ale jak będzie zdrowa i będzie miała spokój, to jestem pewien, że prędzej, czy później wskoczy do setki. Wtedy będzie mogła poszerzyć team i wyłożyć większe środki na to, żeby zadbać o rozwój. Ja jestem o nią spokojny, bo jest pracowita, zawzięta i obudowana mądrymi, doświadczonymi ludźmi.
Niedawno błysnęła w Australian Open, gdzie przebrnęła kwalifikacje i zatrzymała się dopiero na Elinie Switolinie. Jednak przegrać z Ukrainką, to żaden wstyd. Gorzej, że po Australian Open nastąpiła u Lindy jakaś zapaść.
- Dla nas to było normalne, bo my wiemy, że to przez tę kontuzjowaną nogę. Miała długą przerwę, miała zaległości treningowe, odpoczynku nie za wiele, a w Australii nie było z nią trenera przygotowania fizycznego. Dlatego tam poszło, a potem wyszły wszystkie kłopoty ze zmęczeniem i zdrowiem. Psychicznie tamten start też był obciążeniem, bo jednak balonik był pompowany, bo już była druga runda.
Postawiła się Switolinie, a potem zniknęła
Wrażenie jednak Klimovicova zrobiła, bo pierwszego seta przegrała tylko 5:7.
- Dwóch piłek zabrakło jej do wygrania seta. W ogóle to był jednak taki mecz, co może odebrać siły na długi czas. Dla Lindy to było święto. Cóż raz jeszcze powiem, że ja wiedziałem, że po Australian Open może być gorszy okres.
W meczu z Ukrainą z Billie Jean King Cup zagrała z solidną Ołeksandrą Olijnykową. Dawid Olejniczak po tym meczu powiedział mi, że to spotkanie pokazało Lindzie, ile jej brakuje do tego, żeby być w setce.
- I tak i nie. Olejnikowa jest najgorszym możliwym przeciwnikiem dla Lindy, bo dużo miesza. Gra loby, raz zwalnia, raz przyspiesza. A Linda lubi grać agresywnie. Olejnikowa to jest dla niej taka zawodniczka, która stylem grania wybija ją z rytmu. Do tego dodałbym, że mecz był na mączce, jakiej Linda nie lubi. No i jeszcze trzeb dodać, że Linda ma takie turniejowe podejście. Chciała wygrać, ale wiedziała też, że to niczego nie zmieni, że mecz jest o pietruszkę, bo i tak z tą Ukrainą przegramy. Nie było tej adrenaliny.
Na pewno też doszły emocje związane z graniem w kadrze.
- To był dla niej drugi raz. Jak w listopadzie pojechała do Gorzowa, to dam dopiero były emocje. Była tym trochę wystraszona, bo kadra, bo wywiady i cała ta otoczka, a zainteresowanie było ogromne. W Gliwicach się to powtórzyło.
A skąd w ogóle u pana to pójście w tenis? Nie był pan zawodnikiem.
- Pochodzę z małej wsi pod Bielskiem. Sport był u mnie zawsze ważny, a tenis oglądałem namiętnie. Chciałem zostać gwiazdą. Pamiętam, jak w 1988 roku jechaliśmy z rodziną do Chorwacji. Na wczasy, ale tata był przedsiębiorczy, więc zapakował auto, czym się da. Dwóch rakiet Poloneza nie udało się sprzedać, więc wróciły z nami, a ja grałem nimi na boisku wylanym betonem. Jak miałem 15 lat, to wylądowałem w Pszczynie, gdzie los zetknął mnie z Markiem Mrozem. Był dobry, zdobywał punkty ATP. Za stary byłem na coś większego, ale grałem w mistrzostwach Polski i województwa. Szybko zdałem sobie sprawę, że kariery nie zrobię, ale pomyślałem, że otworzę najlepszą na świecie akademię i będę miał świetnych zawodników. Zaczęło się od Mai Chwalińskiej, z którą jeździłem na turnieje i bardzo mi się spodobało. To jest moja pasja i ciężko pracuję każdego dnia na lepsze jutro.










![La Liga: FC Barcelona - Real Betis. O której i gdzie obejrzeć? [TRANSMISJA]](https://i.iplsc.com/000MSCP5NGB8APQL-C401.webp)

![Ekstraklasa: Lechia - Legia. O której i gdzie obejrzeć? [TRANSMISJA]](https://i.iplsc.com/000MSGAG34DHB5RF-C401.webp)