Maja Chwalińska najlepiej czuje się właśnie na mączce, choć i na kortach twardych potrafi się odnaleźć. Po kwalifikacjach US Open, w których odpadła w drugiej rundzie, wróciła do Europy, przystąpiła do zmagań WTA 125 w Montreux. Rok temu przegrała tu już pierwsze starcie z Rumunką Ancą Todoni, teraz też wylosowała nieciekawie. Zaczęła bowiem od 0:6 z najwyżej rozstawioną Jil Teichmann ze Szwajcarii, ku uciesze kibiców. A później wygrałą kolejne dwa sety, a następnie kolejne dwa pojedynki.
I tak znalazła się w półfinale, w którym zmierzyła się z Hiszpanką Andreą Lazaro Garcią. Hiszpanie zaś kochają mączkę, także i Lazaro Garcia na niej gra najlepiej. I rzadko ją opuszcza, choć zdecydowała się na grę w kwalifikacjach Wimbledonu czy US Open. Tu i tu, ale podobnie było i w Paryżu, przegrała pierwsze spotkanie.
Dla Chwalińskiej zaczyna się zaś bardzo ważny okres, który powinien dać jej pewność utrzymania się w TOP 200 rankingu WTA, ale może nawet i historyczny awans do czołowej setki. Polka musi bronić punktów za wygrane kwalifikacje i drugą rundę w Meridzie, a później za triumf we Florianopolis.
Pierwszy krok już zrobiła. W rankingu WTA "na żywo" zapewniła sobie awans do 140. pozycję, jeśli wygra finał, będzie jeszcze o sześć miejsc wyżej. A w planach ma kolejne dwa turnieje tej rangi.
WTA 125 w Montreux. Znakomity mecz Mai Chwalińskiej o finał. Przerwana seria 30-letniej Hiszpanki
Chwalińska miała zacząć to spotkanie około godziny 16, zaraz po zakończeniu pierwszgo półfinału. Tyle że Łotyszka Semenistaja i Ukrainka Ołeksandra Olijnykowa grały 3,5 godziny - aż tyle ta pierwsza potrzebowała, by znaleźć się w finale.

Polka i doświadczona, 30-letnia już Hiszpanka Lazaro Garcia wyszły na kort późno, a trudno było się spodziewać, by ich spotkanie należało do tych szybkich. Polka może i potrafi wygrywać sety wysoko, ale przeważnie jej akcje są długie, pełne zmian rytmu.
Dziś też u Chwalińskiej nie funkcjonował tak dobrze serwis, jak w poprzednich starciach. Początkowo miała też drobne problemy na returnie, stąd 1:3 w początkowej fazie spotkania. Tu jednak żadna z zawodniczek nie otrzymywała nic za darmo, niemal każdy gem kończył się na przewagi. Dopiero końcówka seta wyraźnie należała do Polki, po tym jak wywalczyła 3:3. W ekspresowym tempie dorzuciła trzy gemy, wygrała 6:3.
Druga partia była popisem... serwisowej nieudolności, bo trudno inaczej nazwać siedem kolejnych przełamań.
Sympatia kibiców w Montreux też jakby przechodziła już dość wyraźnie na stronę Polski. Maja grała kombinacyjnie, choć momentami aż za bardzo. Te jej skróty, slajsy, ale i loby podobały się widowni. Hiszpanka musiała sporo biegać i coraz wyraźniej było widać, że powoli opada z sił. A nie dysponowała aż tak mocnym uderzeniem, by rozstawiać po kątach Polkę.
Chwalińska prowadziła z przełamaniem 3:2, później zaś 5:3. Przy 5:4 podawała, miała dwie piłki meczowe, kapitalnie się broniła. Przy tej drugiej niepotrzebnie zaraz po slajsie zdecydowała się na skrót, Hiszpanka była za blisko siatki. Za moment pojawił się jednak trzeci meczbol, Maja tym razem go wykorzystała. Grała przez bekhend rywalki, ta w końcu zagrała w aut. Po 115 minutach Polka wygrała 6:3, 6:4.
W finale Polka zagra z Łotyszką Darją Semenistają. Rok temu rywalizowały w Warszawie i Buenos Aires, bilans to 1:1.













