Reklama

Reklama

Murray zmierzy się z Raonicem w finale Wimbledonu

Szkot Andy Murray (nr 2.) po raz trzeci w karierze wystąpi w finale turnieju na trawie Wimbledonie. Rywalem Brytyjczyka, zwycięzcy londyńskiej imprezy sprzed trzech lat, będzie Kanadyjczyk Milos Raonic (6.), który osiągnął w piątek swój najlepszy wynik w Wielkim Szlemie.

25-letni Raonic sprawił w półfinale niespodziankę eliminując siedmiokrotnego triumfatora The Championships - Szwajcara Rogera Federera (3.) 6:3, 6:7 (3-7), 4:6, 7:5, 6:3, po trzech godzinach i 25 minutach zaciętej walki. Był to ich dwunasty pojedynek, a Kanadyjczyk wygrał z tenisistą z Bazylei dopiero po raz trzeci, a pierwszy na trawie i po raz pierwszy również w Wielkim Szlemie. Raonic zrewanżował się rywalowi za porażkę sprzed dwóch lat, również w londyńskim półfinale (4:6, 4:6, 4:6).

- To niesamowite uczucie, w kilku różnych aspektach. Między innymi z powodu tego, co tu się wydarzyło dwa lata temu, bo wtedy byłem bardzo rozczarowany. Dzisiaj starałem się uniknąć powtórzenia tamtych błędów, byłem bardzo skoncentrowany od samego początku, do ostatniej piłki, do tego stopnia, że nie myślałem w ogóle o tym, że gram przeciwko Rogerowi, tylko skupiałem się na sobie - powiedział po meczu Raonic.  

Reklama

Urodzony w czarnogórskiej Podgoricy tenisista, który jako dziecko wyemigrował z rodzicami do Kanady, po raz pierwszy wystąpi w wielkoszlemowym finale. Dotychczas jego najlepszym wynikiem, nie tylko w Londynie, był półfinał, który osiągnął również w tegorocznym Australian Open.

Półtora miesiąca temu, zaraz po porażce czwartej rundzie Roland Garros, zatrudnił do swojego sztabu w charakterze konsultanta i stratega samego Johna McEnroe na część sezonu, w której gra się na trawie. Amerykanin wspomaga pracę głównego trenera Hiszpana Carlosa Moi.

- Zdecydowałem się na tę robotę, bo uważam, że już nadszedł czas Raonica. Jest graczem kompletnym i brakuje mu tylko paru drobiazgów, żeby wygrać w Wielkim Szlemie i zostać liderem rankingu ATP World Tour. Moim celem na najbliższe tygodnie jest doprowadzić Milosa do zwycięstwa w Wimbledonie. Jestem pewien, że stać go na to - mówił McEnroe w wywiadzie udzielonym Interii w Paryżu.

I faktycznie od założonego celu dzieli Kanadyjczyka już tylko jeden wygrany mecz z wiceliderem rankingu ATP World Tour.

- Myślę, że John pomógł mi najbardziej w warstwie mentalnej. Wiele razy przegrywałem ważne mecze, bo górę brały emocje, których nie potrafiłem ostudzić i kontrolować. John podpowiedział mi kilka sztuczek, dzięki którym myślę bardziej pozytywnie, a negatywne rzeczy szybko potrafię odrzucić i przekuć w pozytywną energię i działania. Widać to zaczyna przynosić pożądane efekty, ale na razie zachowam spokój, jeszcze nie wygrałem Wimbledonu - powiedział Raonic.

Kanadyjczyk odebrał Federerowi szansę na odniesienie rekordowego 18. zwycięstwa w Wielkim Szlemie, w tym ósmego na wimbledońskiej trawie, gdzie był najlepszy w latach 2003-07, 2009 i 2012.

- Oczywiście, że to bardzo rozczarowujące i chciałbym jak najszybciej o tym zapomnieć. Tym bardziej że w czwartym secie miałem kilka okazji, żeby przechylić losy meczu na swoją stronę, ale wtedy on zaczynał jeszcze lepiej serwować i odrabiał straty. Nie mogę powiedzieć, żebym dzisiaj grał źle, może parę drobiazgów zawiodło, ale w pięciosetowym meczu nie da się grać cały czas na najwyższym poziomie. Kiedy się gra tak długo, to w pewnym momencie ważne jest szczęście, a raz się je ma, innym razem nie. Dziś on je miał, a ja nie. Życzę mu szczęścia w finale - powiedział 34-letni Szwajcar.

Podczas The Championships 2016 Federer ustanowił rekord 307 wygranych meczów w Wielkim Szlemie (o jedno więcej od Martiny Navratilovej), podniósł poprzeczkę również jeśli chodzi o liczbę występów w ćwierćfinałach w tym cyklu - do 40, a także wyrównał osiągnięcie Amerykanina Jimmy’ego Connorsa sprzed ponad 20 lat - osiągając liczbę 84 zwycięskich spotkań na wimbledońskiej trawie.

- Niestety wciąż pozostaje mi tylko marzyć o ósmym zwycięstwie w Wimbledonie, dlatego za rok znowu tu wrócę i spróbuję je zrealizować. Ale, żeby była jasność, to nie jedyny powód, dlaczego gram wciąż w tenisa. Gra wciąż sprawia mi radość, a biorąc pod uwagę pozycję w rankingu i wyniki, to mam powody do satysfakcji z tego wszystkiego. Dziś przegrałem, ale wcześniej przeszedłem tu bardzo dobrą zwycięską drogę. No i miałem okazję zagrać kilka razy na Korcie Centralnym, który wręcz kocham. Dlatego po meczu podziękowałem fantastycznej widowni, która mnie wspierała mocno, jak zawsze. To też jest jeden z powodów, żeby za rok znów tu przyjechać i spróbować zrealizować marzenie - powiedział Federer.    

Późnym popołudniem do Raonica dołączył faworyt gospodarzy, 29-letni Murray, pokonując Czecha Tomasa Berdycha (10.) 6:3, 6:3, 6:3. Ten mecz trwał dwie godziny bez dwóch minut i był ich pierwszym spotkaniem na trawie. W ten sposób Brytyjczyk poprawił bilans meczów z Berdychem na 9-6 i okazał się od niego lepszy w piątym z rzędu meczu.

- Wychodząc na kort wiedziałem oczywiście, że Roger przegrał, ale nie myślałem o tym, tylko starałem się w pełni skoncentrować na tym, żeby nie pójść w jego ślady. Wbrew pozorom, to nie była wcale łatwa wygrana, jakby mógł wskazywać wynik. Na pewno byłem bardziej skoncentrowany od Tomasa w decydujących momentach i lepiej wykorzystywałem szanse, jakie się nadarzały na korcie. Myślę, że on miał dzisiaj może dwa, czy trzy, takie momenty, kiedy trochę zgubił koncentrację. Z każdym razem udało mi się to wykorzystać - powiedział Murray.

29-letni Brytyjczyk po raz jedenasty wystąpi w wielkoszlemowym finale, a po raz trzeci w Londynie, gdzie w 2012 roku musiał uznać wyższość Federera, a w kolejnej edycji triumfował. W tym sezonie po raz pierwszy osiągnął tę fazę w Roland Garros, a w styczniu po raz piąty poniósł porażkę w decydującym meczu w Australian Open.

Za to w nowojorskim US Open ma bilans 1-1, bowiem po nieudanym podejściu w 2008 roku udało mu się tam zwyciężyć w 2012 r. Miesiąc wcześniej zdobył złoty medal igrzysk w Londynie, właśnie na wimbledońskiej trawie.

- Wiem, że po dwóch wielkoszlemowych finałach w tym roku, w których przegrałem z Novakiem Djokoviciem, wszyscy oczekują, że w niedzielę wygram Wimbledon. Ale to wcale nie będzie takie łatwe, bo Milos gra fantastycznie, a wspierany przez świetnych trenerów i byłych zawodników, jest naprawdę groźny. Szczególnie na trawie, gdzie wiele punktów zdobywa głównie serwisem. Na pewno większość jego gemów, to będzie strzelanina, czyli bum-bum. Dlatego bardzo ważne będzie to, jak będę tego dnia returnował. Nie mogę liczyć na to, że nagle zacznie słabiej serwować, tylko muszę być przygotowany na bombardowanie od pierwszej do ostatniej piłki - powiedział Murray.  

Niedzielny finał singla mężczyzn rozpocznie się o godzinie 14.00 czasu londyńskiego (15.00 polskiego) i będzie to ich pierwsze spotkanie na trawiastej nawierzchni. W dziewięciu dotychczasowych pojedynkach aż sześciokrotnie lepszy okazywał się Szkot.

O tej samej godzinie, ale w sobotę walkę o siódmy tytuł w Wimbledonie rozpocznie Amerykanka Serena Williams (nr 1.), która triumfowała tu w latach 2002-03, 2009-10, 2012 i 2014. Stanie ona przed szansa wyrównania rekordu Niemki Steffi Graf - 22 zwycięstw w Wielkim Szlemie.  

Po drugiej stronie siatki stanie Niemka polskiego pochodzenia Angelique Kerber (4.), która pierwszą w karierze wielkoszlemową wygraną zapisała na swoim koncie w styczniu, w Australian Open. W finale w Melbourne okazała się lepsza od Sereny.

Po nich sprawę zwycięstwa w deblu rozstrzygną sami francuscy tenisiści, bowiem w finale Pierre-Hugues Herbert i Nicolas Mahut (1.) spotkają się z Julienem Benneteau i Edouardem Rogierem-Wasselinem.

Na koniec dnia ponownie w akcji będzie można zobaczyć Serenę Williams, tym razem w parze ze starszą siostrą Venus. Amerykanki zmierzą się z Węgierką Timeą Babos i Jarosławą Szwedową z Kazachstanu (16.)   

Serena Williams będzie miała podwójne powody do radości, dzięki zwycięstwu w deblu. Po południu razem ze starszą siostrą Venus, awansowały do finału gry podwójnej pokonując Niemkę Julię Goerges i Czeszkę Karoline Pliskovą (nr 8.) 7:6 (7-3), 6:4.

Jutro wieczorem będą walczyć o tytuł z Węgierką Timeą Babos i Jarosławą Szwedową z Kazachstanu (nr 16.).

Z Londynu Tomasz Dobiecki

Reklama

Reklama

Reklama