Miał być hit Rybakiny z Sabalenką w Miami. Trzeci set decydował w meczu z Pegulą
Zaledwie 10 dni temu Jelena Rybakina miała piłkę mistrzowską w tie-breaku trzeciego seta w starciu z Aryną Sabalenką - i to przy własnym serwisie. Przegrała tę akcję, podobnie jak i dwie następne - tytuł w Miami wywalczyła Białorusinka. Spodziewano się, że do ich kolejnego starcia, trzeciego już w tym sezonie, dojdzie w czwartek na Florydzie. Tym razem nie w finale, ale w potyczce o finał. Tymczasem Rybakina znalazła się w trudnej sytuacji już dziś, przegrała seta z Jessicą Pegulą. Po trzecim było jasne, że w Miami nie dojdzie do powtórki zeszłorocznego finału.

Nic tak dobrze nie oddaje sytuacji w danym sezonie, jak ranking WTA Race. To w nim zbierane są wyłącznie wyniki od początku stycznia do kończącego rozgrywki WTA Finals - i tylko z imprez głównego cyklu. Turniej WTA w Miami kończy właściwie pierwszą część tego sezonu, na kortach twardych. Serię imprez w Australii, na Bliskim Wschodzie, w Meksyku i USA.
W nim zaś dwie zawodniczki zdecydowanie przewyższają całą resztę - Jelena Rybakina i Aryna Sabalenka zgromadziły ponad 3000 punktów, rywalizacja na Florydzie nie zmieni tego, że to one wciąż będą na tych dwóch pierwszych pozycjach. Choć mogą być w innej kolejności niż dotąd. A stałoby się tak, gdyby Sabalenka wygrała kolejny tytuł.
I tu dochodzimy do sedna - prawdopodobnie decydujący okazałby się pojedynek w półfinale, cały świat kobiecego tenisa na to czekał. Na kolejny mecz Rybakina - Sabalenka, w wieczornej sesji w czwartek lokalnego czasu.
Aby tak się stało, obie musiały wygrać najpierw swoje ćwierćfinały. Najpierw Rybakina mierzyła się z Jessicą Pegulą, później Sabalenkę czeka - po północy polskiego czasu - starcie z Hailey Baptiste. O ile w tym drugim łatwo wskazać faworytkę, to Pegula była dla Kazaszki rywalką "podstępną". Mimo że Rybakina pokonała ją 2:0 tak w półfinale Australian Open, jak i w ćwierćfinale w Indian Wells.
Miami Open. Jelena Rybakina grała z Jessicą Pegulą o półfinał WTA 1000
W tych dwóch poprzednich starciach Amerykanki z Kazaszką, kluczowe znaczenie miały pierwsze sety - oba Rybakina wygrywała bardzo pewnie: w Melbourne 6:3, w Indian Wells - 6:1. Później było już równo, decydowały tie-breaki, Jelena trochę słabła. A gdy brakuje jej energii, popełniał błędy. To właśnie pokazała końcówka starcia o tytuł w Indian Wells.
Dziś tej energii nie było od początku. Kazaszka źle pracowała na nogach, co chwilę przypominał jej o tym Stefano Vukov. A to, przy bardzo mądrej taktyce Amerykanki, był absolutnie kluczowe.

Już w gemie otwarcia Pegula wywalczyła break pointa - Kazaszka obroniła go asem. Ale przyszedł drugi - tym razem już piłka wylądowała w siatce po zagraniu Jeleny. Jedno przełamanie o niczym jeszcze nie świadczy, ale już dwa - to i owszem. Zwłaszcza że Pegula potwierdziła te przełamania w swoich gemach. Odskoczyła na 4:0, była precyzyjna, niemal bezbłędna. W całej tej partii statystycy naliczyli już zaledwie dwa niewymuszone błędy. Przy 12 rywalki.
Skończyło się więc po 36 minutach wynikiem 6:2 dla Peguli. - Lena, graj swoje - krzyczeli jej z boksu trenerzy, zwłaszcza Vukov. - Przecież widzicie, że to nie działa - odpowiadała sfrustrowana.
Pegula wygraną w tym pierwszym secie przyjęła bardzo spokojnie, jej twarz nie oddawała żadnych emocji. A Rybakina już miała świadomość, że musi zdecydowanie bardziej zaryzykować. Choć to łatwiej napisać niż pokazać na korcie. A pierwszy gem po przerwie był w dużej części podobny: znów pojawiła się szansa na przełamanie dla Amerykanki, tym razem Kazaszka się jednak wybroniła. Trochę w końcu zaczęła pomagać jej rywalka.
Tyle że Pegula była nadal bezwzględna we własnych gemach serwisowych. Nie musiała mocno uderzać, "bawiła się" rotacjami, zmieniała rytm i kierunki. Rybakina była tym zaskoczona - ona lubi grać wymianami, czy to forhend-forhend, czy to bekhend-bekhend. A tu jej rywalka momentalnie zmieniała stronę. Nie uderzała jakoś szczególnie mocno, za to precyzyjnie.

W piątym gemie Pegula miała aż trzy okazje na przełamanie Rybakiny. Za pierwszym razem zawahała się przed uderzeniem, to spowodowało błąd. Później Kazaszce z pomocą przyszedł serwis, przetrwała tę trudną chwilę.
Amerykanka miała czego żałować - mogła prowadzić 3:2, za chwilę było 2:4. To ją dopadł lekki kryzys, pojawiły się dwie szanse na przełamanie dla Kazaszki. Pierwszą Pegula obroniła asem, drugiej - nie. Rybakina przetrwała, ożyła, wyczuła swoją wielką szansę. Odwrotnie niż jej rywalka. Siedem asów w tym secie też miało duże znaczenie - światowa "2" wygrała partię 6:3, wyrównała stan meczu.
W drodze do ćwierćfinału Pegula spędziłą na korcie niecałe trzy godziny, nie straciła seta. Rybakina podobnie, choć zaczęło jej to o kilkadziesiąt minut więcej. Ona jednak nie gra tu w deblu.
Decydowała więc trzecia partia, teraz wyżej stały szanse zawodniczki urodzonej w Moskwie. Pegula od startu Australian Open przegrała tylko dwa spotkania, oba właśnie z Rybakiną. Jesienią Kazaszka też była lepsza - najpierw w BJK Final w Shenzhen, później w Rijadzie. I to było zmianą w ich starciach, bo przecież wcześniej Amerykanka miała bilans korzystny - 3:1.
A tu sytuacja jej wymknęła się już na starcie trzeciej partii, została przełamana. Rybakina nagle zaczęła trafiać w linie, jej potężne serwisy siały popłoch po drugiej stronie siatki. Pegula pewnie wciąż miała przed oczami te zmarnowane okazje w piątym gemie drugiego seta.
Wydawało się, że Kazaszka ma już autostradę do półfinału. Prowadziła 3:1, miała trzy break pointy na 4:1. Amerykanka zdołała tego gema wygrać, w kolejnym miała break point na remis. I nie trafiła returnem.
Rybakina w końcówce okazała się minimalnie lepsza. Było 5:4 dla niej 30-30. Albo piłka meczowa, albo break point, kolejny dla Peguli. Rybakina te dwa punkty dorzuciła, triumfowała po 136 minutach 2:6, 6:3, 6:4.
I teraz będzie czekał, co w sesji wieczornej zrobi Sabalenka. Jeśli liderka rankingu wygra, w półfinale znów dojdzie do wielkiej bitwy dwóch najlepszych tenisistek świata.














