Reklama

Reklama

Marin Cilić: Warto mieć marzenia, bo czasem się spełniają

Marin Cilić wygrał wielkoszlemowy turniej tenisowy US Open. Rozstawiony z numerem 14. Chorwat w wielkim finale pokonał Japończyka Kei Nishikoriego (10.) 6:3, 6:3, 6:3.

"Grałem tu najlepszy tenis w moim życiu. Ten sukces to efekt ciężkiej pracy, którą wykonałem w ostatnich latach, zwłaszcza w poprzednim sezonie. Dla wszystkich zawodników, którzy w ten sam sposób podchodzą do tego, to dobry znak. Pokazuje bowiem, że kiedyś wreszcie otrzymuje się zapłatę. Warto mieć marzenia, bo czasem się spełniają" - powiedział Cilić.

Reklama

"Muszę bardzo podziękować mojemu sztabowi, zwłaszcza Goranowi (Ivanisevicowi, zwycięzcy Wimbledonu z 2001 roku, jedynemu przed Ciliciem chorwackiemu triumfatorowi turnieju wielkoszlemowego - przyp. red). Pokazał mi kilka rzeczy, których znaczenia wcześniej nie dostrzegałem. Przekonał mnie, że muszę czerpać radość i cieszyć się tenisem" - podkreślił Chorwat.

"Nigdy nie wiesz, kiedy pojawią się nerwy. Na początku spotkania finałowego obaj byliśmy zdenerwowani. Miałem szczęście, bo obroniłem kilka "break pointów" - zaznaczył Cilić, który w ubiegłym roku został zdyskwalifikowany na cztery miesiące po wykryciu zabronionego niketamidu. "To był dla mnie trudny czas, ale też dobrze mi zrobił. Bardzo wówczas dojrzałem i pracowałem nad sobą każdego dnia. Nie obijałem się, tylko wprowadzałem m.in. nowe elementy do swojej gry. Po powrocie do rywalizacji starałem się wykasować tę sprawę z pamięci" - stwierdził.

"Oczywiście, jestem bardzo zawiedziony wynikiem tego meczu. Marin grał bardzo agresywnie, był szybki, a mnie trochę zjadły nerwy związane z tym, że było to mój pierwszy wielkoszlemowy finał. Zachowam w pamięci jednak wiele pozytywnych aspektów z tych ostatnich dwóch tygodni. Przed rozpoczęciem turnieju nie miałem żadnych konkretnych oczekiwań. Wcześniej miałem problemy zdrowotne i nie trenowałem zbyt wiele. Pokonanie Stana Wawrinki i Novaka Djokovicia to coś wspaniałego. Jestem bardzo dumny z tego, że zrobiłem coś pozytywnego dla sportu w Japonii. Pokazałem, że mogę wygrać z każdym, jeśli będę wciąż ciężko pracował i będę miał kolejną szansę na wygranie Wielkiego Szlema. To prawda, że wcześniej (w 1/8 finału i w kolejnym etapie - przyp. red) rozegrałem pięciosetowe mecze, byłem trochę zmęczony. Muszę zacząć unikać takich długich spotkań. Popełniłem zbyt wiele niewymuszonych błędów (30 przy 27 Cilica - PAP). Nie martwię się tym jednak zbytnio, bo bardzo wiało" - mówił Kei Nishikori.

"Ja i mój sztab jesteśmy rozczarowani, ale Michael Chang (trener Nishikoriego - przyp. red) pogratulował mi mimo wszystko, bo nikt z nas nie oczekiwał, że dotrę do finału. Powiedział mi też, bym wciąż wytrwale pracował. Moim celem jest teraz zakwalifikowanie się do kończącego sezon turnieju masters w Londynie" - zakończył Japończyk.

"No, to teraz mogę zakończyć współpracę z Marinem... A tak na poważnie, widzieć jako trener, jak twój podopieczny wygrywa Wielkiego Szlema w tak imponujący sposób, to coś fantastycznego. Powiedziałem mu, by bawił się grą i robił to, występując przed 20 tysiącami osób zasiadających na trybunach. To było cudowne. Grał tak, jakby miał już na koncie 20 finałów w imprezach tej rangi. Był bardziej zrelaksowany niż Nishikori i to był klucz do zwycięstwa. Spodziewałem się, że obaj będą zdenerwowani, bo dla nich obu zwycięstwo w takim turnieju to Mount Everest" - skomentował Goran Ivanisević trener Marina Cilicia.

"Jestem z niego bardzo dumny i z siebie też, bo bycie szkoleniowcem nie jest łatwe. Teraz rozumiem wszystkich trenerów, z którymi w przeszłości współpracowałem i muszę ich prosić o wybaczenie, bo wiem, że czasem byłem trudny do zniesienia. Uważam, że to, iż Marin dotarł do finału w Nowym Jorku jest dowodem na sprawiedliwość losu. Ktoś siedzący "na górze" wynagrodził mu ubiegłoroczną dyskwalifikację, gdy został zawieszony za nic" - dodał były znakomity tenisista.

Dowiedz się więcej na temat: Marin Cilić | Kei Nishikori | us open

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje