Reklama

Reklama

Maja Chwalińska zdradza kulisy Wimbledonu. „Byłam totalnie roztrzęsiona”

Po raz pierwszy w karierze wygrałam z dziewczyną z Top 100 i ugrałam seta z inną, w okolicach trzydziestki rankingu. To jest dobre doświadczenie, które pokazało, że mam już odpowiedni tenis, by z nimi rywalizować, ale potrzebuję jeszcze więcej takich meczów i przygotowania fizycznego – podkreśla Maja Chwalińska, która w 2. rundzie pożegnała się z turniejem wimbledońskim.

Spotkanie polskich dziennikarzy z Mają Chwalińską po porażce z Amerykanką Alison Riske-Amritraj (6:3, 1:6, 0:6) rozpoczęło się od zabawnego lapsusa 21-letniej tenisistki z Dąbrowy Górniczej.

- To na pewno wyjątkowy dla mnie turniej. Najpierw przeszłam eliminacje tutaj, a potem wygrałam turniej... tfu, fajnie by było... Wygrałam swój pierwszy mecz w turnieju głównym Wielkiego Szlema...

- Bierzemy to za dobrą monetę, za kilka lat będziemy to wspominali - jako proroctwo - od razu podłapali żurnaliści.

Reklama

- Mam nadzieję, że to dopiero początek, krok w przód w rozwoju mojej kariery, ale tylko początek - dodała Maja.

W ostatnich dniach po pokonaniu Czeszki Kateriny Siniakowej dużo było cię w mediach, ludzie zauroczyli się twoim stylem gry. Czy docierało to do ciebie?

- Cieszę się bardzo z tego powodu i to doceniam, ale wiem też, że do takiej otoczki należy podchodzić z dystansem. Bo jak jest dobrze, to wszyscy nagle celebrują Cię, a jak przegrasz, pojawia się hejt. Dlatego wiem, że musze dalej robić to, co robię, pracować mądrze  doskonalić swoją grę.

A propos hejtu i innych nieprzyjemnych ocen. Podczas finału eliminacji po jednym z zagrań Coco Vandeweghe zwróciła się do ciebie per "żałosna osoba!". Usłyszałaś? Dotknęło cię to?

Rywalka Mai Chwalińskiej nie wytrzymała w meczu o Wimbledon

- Usłyszałam tylko pierwszą część jej wypowiedzi, tej mniej "słabej". Aczkolwiek nie lubię bardzo takich sytuacji i pamiętam, że byłam bardzo roztrzęsiona podczas następnej piłki, zepsułam jakiś bardzo łatwy return po jej drugim serwisie, bo miałam łzy w oczach. Na szczęście szybko się z tego otrząsnęłam. Z drugiej strony - choć jesteśmy totalnym kontrastem z Coco jeżeli chodzi o zachowania na korcie - wiem, że nie mogę tego brać osobiście. Z tego co wiem, Coco pochodzi z takiej rodziny, jej dziadek grał w NBA, więc może lubi takie show na korcie. Nie jest to może zbyt kulturalne, ale nie mam jej tego za złe, a po meczu podałyśmy sobie ręce, czym byłam zaskoczona.

Jak wiele taki turniej jak Wimbledon zmieni w twoim życiu?

- Na pewno sporo. Po raz pierwszy w karierze wygrałam z dziewczyną z Top 100 i ugrałam seta z inną, w okolicach trzydziestki rankingu. To jest dobre doświadczenie, które pokazało, że mam już odpowiedni tenis, by z nimi rywalizować, ale potrzebuję jeszcze więcej takich meczów i przygotowania fizycznego. I małymi krokami do przodu.

Grywasz przecież z numerem jeden na świecie, twoją przyjaciółką!

- Ja? Nie trenuję z Igą.

Ale wygrywałaś z nią?

- Tak, jeden raz w super tie-breaku, w turnieju do lat 12.

Był czas, żeby nacieszyć się w Londynie innymi rzeczami poza tenisem?

- Nie było, po eliminacjach miałam tylko jeden dzień odpoczynku. Ale i tak doceniam to wszystko, celebruję czas, który tu spędzam.

Były emocje przed losowaniem? Mogłaś przecież trafić na Igę...

- Nigdy nie śledzę losowania. Pakowałam się w piątek, bo musiałam się przenieść z hotelu do hotelu, przyszedł trener i powiedział, że gram z Siniakową. Wiedziałam, że obojętnie na kogo bym trafiłam, to będzie łatwy mecz. Nawet dziewczyna z eliminacji może być równie wymagająca jak ta z Top 100. Jest intensywność wyższa, a zwłaszcza w Wielkim Szlemie wśród kobiet jest dużo niespodzianek.

Czujesz się już częścią tej elity tenisowej, że należysz do tego grona tenisistek, które na co dzień pokazują w telewizji?

- Zauważyłam dużą różnicę pomiędzy moim pierwszym wielkim szlemem w Australii, gdzie grałam w eliminacjach. Byłam wówczas bardzo speszona całą otoczką i zawodniczkami, które zawsze oglądałam w telewizji i czułam się taka mała. Teraz dostrzegam już, że tak naprawdę nie ma przepaści między nami, każdy może wygrać z każdym, a ja nie czuję się gorsza. To duża różnica.

Grywałaś najczęściej w turniejach niższej rangi, ITF-ach. Jak bardzo różnią się one od tych z głównego cyklu?

- Wbrew pozorom nie ma dużej różnicy, w ITF-ach wcale nie zdobywa się tak dużo punktów "za darmo" jak można by sądzić. Masz wrażenie, że grasz tam o życie, bo nie da się utrzymać z pieniędzy, które można w nich zarobić i dziewczyny autentycznie wręcz gryzą kort.

Więc te 80 tysięcy funtów, choć trzeba uiścić jeszcze podatek, to będzie nie lada premia!

- Zgadza się, taki zastrzyk na pewno się przyda i zapewni mi spokój mentalny, będę mogła się skupić tylko na grze. Ale mam nadzieję, że to początek i już nie będę musiała aż tak walczyć o każdą złotówkę na ITF-ach. Z perspektywy czasu natomiast zmieniłabym moment przejścia z juniorów. Bardzo szybko zaczęłam grać w dorosłych turniejach, ale jeszcze rok dłużej w moim przypadku w juniorkach byłby lepszy, bo to uczy wtedy gry pod presją. A jaką masz presję gdy jako 15- 16-latka wychodzisz na kort z dojrzałą tenisistką z drugiej setki rankingu? Żadnej, bo nie masz nic do stracenia. A kiedy grasz z rówieśniczką w juniorskim turnieju Wielkiego Szlema, oczekiwania są znacznie większe. I jest sporo przypadków młodych tenisistek, które wygrywają dorosłe turnieje ITF, ale potem odpadają w juniorskim szlemie, bo nie radzą sobie z presją.

Gdzie zagrasz teraz?

- Na pewno w turnieju WTA w Warszawie, a wcześniej także być może mistrzostwa Polski w Bytomiu.

Rozmawiał i notował w Londynie - Tomasz Mucha, Interia

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL