Reklama

Reklama

Magda Linette. Życie i pieniądze najlepszej polskiej tenisistki

Swoje rzeczy ma w pięciu krajach, bazę w Chinach, sama rezerwuje bilety lotnicze, a rok 2019 był dla niej wyjątkowy: wygrała bowiem pierwszy w karierze turniej WTA. Magda Linette jest obecnie najwyżej klasyfikowaną polską tenisistką i godnie wypełniła lukę, która powstała po zakończeniu kariery przez Agnieszkę Radwańską.

To był wyjątkowo udany rok dla Magdy Linette - najwyżej obecnie klasyfikowanej polskiej tenisistki. Jako druga Polka, po Agnieszce Radwańskiej, wygrała turniej WTA, a w rankingu awansowała rok do roku z 83. na 42. miejsce. Raczej może być spokojna o prawo gry w turnieju olimpijskim, ale poznanianka mierzy wyżej - chciałaby wejść do czołowej trzydziestki światowej listy. Aby tak się stało, musi jednak wygrywać z zawodniczkami z czołówki, z którymi zapewne będzie mierzyć się coraz częściej.

Rok 2019 - przełomowy

Reklama

W kończącym się sezonie Linette pięciokrotnie trafiała na tenisistki z TOP 10, ale tylko raz poza Wielkim Szlemem. Dwukrotnie przegrała z Naomi Osaką (w Australii i US Open), na Wimbledonie uległa Petrze Kvitovej, a we French Open przegrała zaciętą trzysetówkę z Simoną Halep. W międzyczasie grała jeszcze z Kiki Bertens, wówczas siódmą rakietą świata. - Na początku roku może nie grałam źle, zdawałam sobie sprawę, że jestem blisko zwycięstw, ale nie udawało mi się domknąć meczów. Gdy weszłam na trawę i wygrałam pierwszy turniej, nabrałam pewności siebie. Wtedy zacięte spotkania zaczęłam obracać na swoją korzyść - wspomina Magda Linette.

Ten moment nastąpił w czerwcowym turnieju ITF w Manchesterze, poprzedzającym Wimbledon. Wcześniej zawodniczkę AZS Poznań prześladowały kontuzje i choroby. - Zaczęłam rok w Hobart nawet nieźle, ale później w Australian Open grałam chora, do Hua Hin w Tajlandii poleciałam z gorączką i sama nie wiem, jak mi się tam udało dojść do półfinału - mówi Linette. Wtedy przegrała z Ukrainką Dajaną Jastremską, ale 110 pkt zdobytych do rankingu pozwoliło się nie tylko utrzymać w pierwszej setce, a nawet podskoczyć o kilka miejsc.

- Przyleciałam na FedCupa i przytrafiła mi się kontuzja stopy, przez którą musiałam odpuścić dwa turnieje. Wróciłam do Indian Wells, gdzie mimo trudnego losowania zdołałam ograć Petrę Martić, a odpadłam dopiero z Kiki Bertens. Na mączce coś mnie co chwilę łapało, w Madrycie doszło do tego zatrucie, ale już zaczynało być lepiej. Widzieliśmy w teamie, że jestem blisko dobrych wyników, ale brakowało zamknięcia meczów. Bolało, że taka gra nie przekłada się na wynik. Fajnie, że na Roland Garrsos udało się losowanie i wygrałam z Chloe Paquet, a później był dobry mecz z Halep. Od tego momentu zaczęłam wreszcie wygrywać - wspomina polska tenisistka.

Pierwsze zwycięstwo w Bronxie

Szczytowym momentem był turniej w Bronxie tuż przed US Open, gdy Linette najpierw przeszła trzystopniowe eliminacje, a później sprawiła ogromną sensację, wygrywając wszystko do końca. Pokonała m.in. Czeszkę Karolinę Muchovą, a w finale Włoszkę Camilę Giorgi. - Mecz z Muchovą był najtrudniejszy, sama do końca nie wiem, jak się udało go wygrać. To najlepsza zawodniczka, którą w karierze ograłam. Może nie jest jeszcze na szczycie listy, ale niedługo będzie w stanie wygrać Wimbledon. Dla mnie to taka lepsza wersja Ashleigh Barty, ma ogromny luz - ocenia Linette 23-letnią Czeszkę, która zakończyła sezon na 21. miejscu WTA.

Z Muchovą ponownie zmierzyła się w finale turnieju w Seulu, poległa jednak gładko, wygrywając tylko dwa gemy. Był to jednak mecz wielokrotnie przekładany z powodu opadów deszczu. - My wiedziałyśmy, że w końcu zagramy, odwołanie spotkania nie wchodziło w grę. Dostałyśmy informację, że w nocy będzie moment, gdy przestanie padać i mamy czekać, a nie przeniosą tego do hali. Jestem przyzwyczajona do czekania, ale wtedy byłam już zmęczona po turnieju w Nanczangu, z którego przyleciałam po nocy w samolocie. Nie miałam żadnego dnia odpoczynku i w końcu zabrakło paliwa - mówi Linette.

Poznanianka będzie prawdopodobnie jedyną zwyciężczynią turnieju w Bronxie w historii, bo w przyszłym roku raczej on już się nie odbędzie. - To przykre, bo bardzo chcieliśmy tam wrócić. Fajne miejsce, a przez to, że impreza była organizowana na ostatnią chwilę, stała się taka kameralna. A co było miłe dla mnie i zaskakujące, pojawiło się wielu kibiców z Polski. Tam sportowo wszystko mi się poukładało, eliminacje pozwoliły mi nabrać pewności siebie. Tę dobrą grę kontynuowałam później w Azji - opowiada.

Rok 2020 - cztery szlemy i igrzyska

Przygotowania do kolejnego sezonu Linette rozpocznie pod koniec listopada - poleci do Chin, by tam w akademii w Kantonie spędzić cztery tygodnie. A później będzie turniej w Shenzhen i przenosiny na Antypody. Australian Open to jeden z pięciu, a nie zwyczajowo czterech, kluczowych turniejów. Rok 2020 będzie bowiem rokiem olimpijskim. Linette praktycznie ma pewny start w turnieju singlowym w Tokio.

Co jednak z turniejem deblowym, w którym mogłaby grać z Igą Świątek? Obie nasze najlepsze singlistki wystąpiły wspólnie w US Open i był to występ obiecujący. Najpierw Polki pokonały amerykański doświadczony duet: Bethanie Mattek-Sands - Coco Vandeweghe, a później przegrały po walce z numerem 2 na świecie - Su-Wei Hsieh/Barbora Strycova.

- Rozczaruję trochę, bo próbowałam parę razy skontaktować się z Igą, ale ona ma chyba troszkę inne plany. Jest młodsza. Nieźle wyszło nam US Open, pytałam, czy chce ze mną zagrać w Australii, ale nie była do końca pewna tego, co będzie robić. Umówiłam się z kimś innym i póki co, priorytetowo będę traktowała singla, także z uwagi na moje zdrowie. Zastanawiałam się nad opcją gry z Alicją Rosolską, ale po dłuższej rozmowie z moim teamem uznałam, że nie jestem w stanie zagrać 12-13 turniejów, by wyrobić punkty na igrzyska. Musiałam więc tego debla odpuścić - tłumaczy Linette.

Teoretycznie pozostaje jeszcze turniej mikstów, gdzie o olimpijskie laury teoretycznie jest najłatwiej. Tam bowiem wystąpi tylko 16 par. W grę wchodziłby więc wspólny występ np. z Łukaszem Kubotem. - Póki co nie rozmawiałam z nikim, będzie ciężko o miejsce w tym turnieju. Dużo dziewczyn będzie pewnie próbowało, rankingi będą wysokie. Musiałabym bardzo mocno przycisnąć na początku roku, by zdobyć sporo punktów i może wejść do czołowej trzydziestki WTA. Wtedy pewnie pojawiałby się szansa. To trudne, ale możliwe - ucina Linette.

Przyszłoroczny turniej olimpijski w Tokio rozpocznie się 25 lipca, a wielkoszlemowy Wimbledon zakończy 12 lipca. Przerwa między nimi jest bardzo krótka, a dla wielu tenisistów z topu był to zwykle czas krótkiego odpoczynku przed zamianą trawy na twardą nawierzchnię. - Potraktuję igrzyska bardzo poważnie, będę się przygotowywała jak do wielkiego szlema. To będzie intensywny czas, zwykle mam wtedy trzy, cztery tygodnie na to, by odpocząć, a później przygotować się do rywalizacji na twardych kortach. Teraz raczej od razu polecimy z Europy do Chin, by tu potrenować przed igrzyskami. Nie mogę wcześniej lekceważyć turnieju na Wimbledonie, bo przez szlemy budujemy właśnie swój ranking i zarabiamy na cały rok startów. Igrzyska to z kolei marzenie każdego sportowca, mój także - przyznaje poznanianka.

Specjalistka od logistyki

Magda Linette nie ukrywa, że sama załatwia większość spraw związanych ze swoimi startami - kontaktuje się z WTA oraz organizatorami turniejów, rezerwuje bilety lotnicze czy miejsca w hotelach. - Wykonuję może 90 proc. tej pracy, czasem pomagają mi bliscy. Sprawdzam przeloty, rezerwuję miejsca, opłacam je, szukam hoteli, patrzę na dojazdy. Wiadomo, że za dojazdy odpowiadają organizatorzy turniejów, ale ja muszę im podać dane. Jeśli chodzi o same treningi, to wtedy trenerzy przejmują działania. Chyba, że jesteśmy w Poznaniu, wtedy ja się bardziej tym interesuję - mówi Linette, która w tym roku w stolicy Wielkopolski spędzi w sumie osiem albo dziewięć tygodni.

- To bardzo dużo, zwykle były to cztery tygodnie. Tak, jestem obywatelką świata, może od 10 lat, a na pewno od sześciu, gdy zaczęłam współpracować z zagranicznymi trenerami.  Dla mnie świat jest już mały i normalne to, że gdzieś dolatuję w 10 godzin. Mam swoje rzeczy w pięciu, sześciu krajach, nie mam za to jednego stałego miejsca, do którego wracam i mam tam wszystko. Przyzwyczaiłam się do tego i będzie mi pewnie ciężko, jak już skończę karierę - śmieje się najwyżej notowana polska tenisistka.

Jak wygląda "organizacyjna" praca Magdy Linette w trakcie zawodów? - Wiem, dokąd chcę lecieć w kolejnym tygodniu, ale nie wiem, kiedy skończę swój turniej. Staram się myśleć pozytywnie i wierzę, ze dojdę do niedzieli, więc nigdy nie bukuję lotów powrotnych. Gdy tylko przegram, to tego samego dnia szukam lotu do innego miejsca, a jeśli jest to daleka podróż, to mam osobę w pewnej agencji podróży, która mi pomaga. Każdy tenisista, no może poza tymi z najwyższej półki, sam sobie to organizuje. Rozmawiałam z Johnem Isnerem, który był w TOP 10, on robi tak samo: wchodzi na stronę, szuka lotów, czasem pomaga mu żona. Problem polega na tym, że często robię to na ostatnią chwilę i nie mogę polecieć tak jakbym chciała. Staram się kupować bilety najtańsze, ale pasujące, więc korzystam z wielu linii. Nie mam takiej pozycji, by gdzieś mieć złotą kartę, ale mam trzy albo cztery srebrne - śmieje się tenisistka.

Są pieniądze na godne wakacje

Według danych WTA, Magda Linette zarobiła w karierze ponad 2,3 miliona dolarów, a w tym roku - ponad 640 tys. Te kwoty robią wrażenie, ale sytuacja zmienia się nieco, gdy Linette mówi o kosztach, jakie zwykle ponosi. - Trzeba odliczyć podatki, a w każdym kraju jest inaczej. W niektórych z nich, np. w USA, wszystko zależy od stanu, w którym odbywa się turniej. jeśli w Miami, to podatek wynosi 30 procent, ale jeśli w Indian Wells, to już 38. Na French Open płacimy od razu jakąś część, ale później musimy się zwrócić do urzędu by zrobić jakiś zwrot, a trzeba tego dokonać po francusku. To wywołuje nerwowość, ciężko się z nimi skomunikować. Do tego dochodzą wysokie koszty.

- W przypadku trenera stawki zaczynają się zwykle od 1 tys. czy 1,5 tys. dolarów za tydzień pracy, czasem procenty od awansów w turniejach do kolejnych rund. Nie mówimy tu o takich jak Sascha (Bajin, były trener Sereny Williams czy Naomi Osaki - red.), bo to inna półka. Gdy policzymy te ponad 40 tygodni, wychodzi pokaźna kwota. Do tego dochodzi rezerwacja pokoju w hotelu, zwykle co najmniej czterogwiazdkowym, bo takie są wymogi, gdzie noc kosztuje minimum 150 dolarów. Podobnie jest z fizjoterapeutą, który ze mną lata. Ja mam opłacony hotel na pięć nocy, jeśli startuję w turnieju głównym, a na dwie, jeśli w eliminacjach. Oprócz tego jedzenie, zwykle lunch na kortach albo kolację, jeśli mecz jest w nocy. Trenerzy mogą sobie oczywiście wykupić licencję, wtedy przysługuje im akredytacja i inne benefity - opisuje sytuację Linette.

- Dlatego turnieje wielkiego szlema są tak ważne, bo tu musimy zarobić na cały rok. Czasem słyszę, ile to dostaję za pierwszą rundę gry, ale w wielu przypadkach oznacza to tylko zwrot kosztów, niestety. Zwykle podróżuję w trzyosobowym teamie, to dla mnie najlepsze rozwiązanie - dodaje.

Awans do TOP 100, a po turnieju w Bronxie - do TOP 50, pozwolił Linette na spokojne, finansowe życie. - Jeśli już jest się w turze, to człowiek rzeczywiście zarabia. To jest moja praca, jeśli widzę, że daje finansowy efekt i coś zarabiam, to znaczy to ulgę. Gra sprawia więcej radości, mogę się rozwijać i skupiać na innych rzeczach, a stres odchodzi. Gdy grałam w turniejach ITF, to tak nie było, mentalnie też czułam się gorzej. Teraz mogę sobie pozwolić na godne wakacje - kończy najlepsza obecnie polska tenisistka.

Andrzej Grupa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje