Reklama

Reklama

Łukasz Kubot: Wykorzystaliśmy swoją szansę

Łukasz Kubot, mimo porażki z Jerzym Janowiczem 5:7, 4:6, 4:6 w swoim pierwszym wielkoszlemowym ćwierćfinale, będzie miło wspominał turniej na trawie w Wimbledonie. 31-letni tenisista podkreśla, że kluczem do sukcesu obydwu było wykorzystanie układu drabinki.

"Dobrze wykorzystaliśmy z Jurkiem sytuację, jaka się wytworzyła w drabince i dzięki temu dwóch Polaków zagrało ze sobą w ćwierćfinale Wimbledonu. W sumie trójka, bo jeszcze jest Agnieszka Radwańska, która razem z Jurkiem jest w półfinale Wielkiego Szlema. To robi wrażenie i powinniśmy się wszyscy cieszyć z sukcesu polskiego tenisa, tu w Londynie" - powiedział Kubot.

Reklama

Patrząc czysto rankingowo, w ćwierćfinale, w którym trafili na siebie dwaj Polacy powinni się znaleźć Hiszpan Rafael Nadal (nr 5.) i Szwajcar Roger Federer (3.). Tenisista z Majorki odpadł jednak w pierwszej rundzie (w drugiej zagrałby z Kubotem), a zawodnik z Bazylei w drugiej.

31-letni Kubot po raz dziewiąty wystąpił na londyńskiej trawie w turnieju głównym. Czwarty raz grał tu w singlu, a ósmy w deblu - z Marcinem Matkowskim odpadł w trzeciej rundzie (1/8 finału). Natomiast w 2009 roku dotarł tu do ćwierćfinału z Austriakiem Oliverem Marachem.

"Po raz pierwszy z takiego turnieju będę wyjeżdżać z uśmiechem na twarzy. Wiadomo, że przyjechałem tu trochę jako outsider, ale zagrałem turniej życia i po raz pierwszy doszedłem do ćwierćfinału w Wielkim Szlemie. No i wszedłem do klubu "Last Eight", czyli grona ćwierćfinalistów Wimbledonu. Ten wynik przedłużył na pewno co najmniej o rok moją karierę singlową. Na pewno dalej będę łączył grę w singlu z deblem w przyszłym sezonie" - powiedział Kubot.

31-letni Polak obecnie jest 130. w rankingu ATP World Tour, ale w chwili zamknięcia listy zgłoszeń do Wimbledonu - na sześć tygodni przed - był jeszcze w czołowej setce, więc nie musiał przebijać się przez kwalifikacje. W poniedziałek awansuje w okolice 62. lokaty.

"Po tym ćwierćfinale wracam do pierwszej setki rankingu i będę gdzieś w połowie siódmej dziesiątki. To znaczy, że znów będę się łapał do większości turniejów ATP, a czasem może bez eliminacji także do turniejów ATP Masters 1000. No i już nie grożą mi eliminacje do US Open, co jest dobre, bo w razie awansu zawsze ma się o trzy mecze mniej w nogach na starcie głównej drabinki" - powiedział Kubot.

Wcześniej Polak dwukrotnie osiągał w imprezach wielkoszlemowych czwartą rundę - w Australian Open 2010 i Wimbledonie 2011. W Londynie był wówczas w trzecim secie o jedną piłkę od pokonania Hiszpana Feliciano Lopeza, ale przegrał w pięciu setach.

"Zawsze będę powtarzał, że prawdopodobnie nie byłoby mnie dziś tutaj, gdybym wtedy nie przegrał. Tamten mecz naprawdę bardzo wiele mnie nauczył i co najważniejsze, wyciągnąłem z niego właściwe wnioski. Dlatego obejrzałem go sobie z płyty przed spotkaniem czwartej rundy. Nie jestem już młodym zawodnikiem, ale teraz dalej będę szedł małymi krokami do przodu. Wierzę, że jeszcze nie raz zaskoczę na niejednym korcie" - przyznał Kubot.

"Polski ćwierćfinał" w Londynie trwał w środę dwie godziny i siedem minut, a rywalizacja toczyła się na korcie numer 1, drugim co do wielkości obiekcie na Church Road. Mecz był wyrównany, a w każdym secie decydujące okazały się pojedyncze przełamania serwisu.

"Każdy, kto się zna na tenisie, potwierdzi, że w każdym secie decydowały pojedyncze piłki. W pierwszym ja miałem setbola i powinienem go zagrać agresywniej, może wtedy byłoby inaczej. Jednak zawsze będę podkreślał, że w tenisie nie ma słowa "gdyby". Gdyby w pierwszej rundzie Nadal wygrał z Darcisem, to trafiłbym na niego w drugiej i być może bym tu dziś nie siedział. Nie można analizować takich sytuacji, tylko korzystać z każdej okazji, jaką przynosi los" - zauważył Kubot.

Dowiedz się więcej na temat: Łukasz Kubot | Jerzy Janowicz | Wimbledon

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje