Reklama

Reklama

Łukasz Kubot nie awansował do finału debla Roland Garros

Łukasz Kubot i Alexander Peya nie sprostali najbardziej utytułowanemu deblowi w historii i przegrali bój o finał Roland Garros z amerykańskimi bliźniakami Bobem i Mike'm Bryanami (5.) 5:7, 1:6.

Polsko-austriacki duet obiecująco rozpoczął spotkanie. Po przełamaniu i utrzymaniu własnego podania prowadzili 3:1. Bryanowie od razu jednak odrobili straty. Rozstawiona z dziewiątką para w końcówce miała kilka szans, których nie wykorzystała - w dziewiątym gemie zmarnowała trzy "break pointy", a przy stanie 6:5 dla rywali oddała gema za sprawą własnych niewymuszonych błędów.

W deblowym środowisku nieraz powtarza się opinię, że gdy utytułowani bliźniacy z USA zdobędą przewagę i poczują możliwość zwycięstwa, to już nie dają szans przeciwnikom. Najbardziej utytułowany debel w historii potwierdził to w piątek. Druga partia potoczyła się błyskawicznie.

Reklama

- Po takim meczu człowiek jest zdenerwowany. Byliśmy przygotowani na to, że tych szans nie będziemy mieli dużo, a - o dziwo - w pierwszym secie mieliśmy dużo okazji na przełamanie. Nie wykorzystaliśmy tego i znowu się potwierdziło, że Bryanowie to najbardziej utytułowana para ze względu na to, że jak dostają szansę, to od razu ją wykorzystują i potem bardzo szybko uciekają. Uważam, że powinniśmy byli +zamknąć+ pierwszą partię i wygrać ją. O drugiej nie będę rozmawiać, bo nie ma o czym. Początek meczu zagraliśmy dobrze, ale co do tego, co było potem, to trzeba uderzyć się w pierś - przyznał lubinianin.

Nie zdołał więc "pomścić" Mariusza Fyrstenberga i Marcina Matkowskiego. Pierwszy przegrał ze Amerykanami mecz otwarcia, a drugi w rozpoczętym we wtorek, a zakończonym dzień później ćwierćfinale.

Kubot po raz pierwszy w karierze znalazł się w najlepszej "czwórce" deblowych zmagań na kortach im. Rolanda Garrosa. Wcześniej jego najlepszym wynikiem w tej konkurencji w paryskiej imprezie był ćwierćfinał. Największym sukcesem lubinianina w grze podwójnej jest triumf w innym turnieju wielkoszlemowym - Austrialian Open. W Melbourne świętował sukces dwa lata temu, w parze ze Szwedem Robertem Lindstedtem.

Przed sezonem nawiązał stałą współpracę z Matkowskim, a głównymi celami miały być imprezy wielkoszlemowe i igrzyska. Nie odnosili jednak sukcesów i po kilku miesiącach postanowili spróbować sił z innymi partnerami, ale zapowiedzieli, że wystąpią jeszcze razem w turnieju olimpijskim w Rio de Janeiro.

Z Peyą nigdy wcześniej nie miał okazji wspólnie grać. Jest z nim umówiony także na współpracę w części sezonu na kortach trawiastych.

- Można gdybać, czy wzięlibyśmy w ciemno ten półfinał przed turniejem, czy nie. Każdy tak naprawdę jest głodny wygrania Wielkiego Szlema. Pierwsze trzy mecze w naszym wykonaniu w Paryżu nie były najlepsze, co szczerze przyznałem już wcześniej. Fantastycznie zagraliśmy w ćwierćfinale. Dziś to falowało. Dobrze było tylko w pierwszym secie. Czy jest szansa na dłuższą współpracę z Peyą? Nie potwierdzam, nie zaprzeczam. Zobaczymy, jak się to wszystko poukłada. Wyniki to zweryfikują. Gramy teraz dwa turnieje jako przygotowanie do Wimbledonu. W Londynie gra się w deblu do trzech wygranych setów, więc ważna będzie kondycja i przygotowanie fizyczne - pokreślił Kubot.

Jak dodał, na razie w ogóle nie myśli o ewentualnej szansie na występ w kończącej sezon imprezie masters - ATP World Tour Finals. - Zostało prawie pół roku do tego, daleka droga. Wiele się może zdarzyć w międzyczasie. Najważniejsze, bym miał radość z gry - zastrzegł 34-letni zawodnik.

Był on ostatnim polskim tenisistą w stawce seniorskiego French Open. We wtorek w 1/8 finału odpadła rozstawiona z "dwójką" Agnieszka Radwańska.

Porażkę w 2. rundzie debla zanotowały - obie z zagranicznymi partnerkami - Magda Linette i Paula Kania. W 1. rundzie gry podwójnej odpadły - również występujące z zagranicznymi tenisistkami - Klaudia Jans-Ignacik i Alicja Rosolska.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje