Reklama

Reklama

Łukasz Kubot: Dla takich chwil się żyje i ciężko trenuje

Łukasz Kubot przyznał po zwycięstwie w finale debla w wielkoszlemowym Australian Open, że sobotni triumf w Melbourne na długo pozostanie w jego pamięci. "Dla takich chwil się żyje i ciężko trenuje" - podkreślił 31-letni tenisista.

"Byłem bardzo skupiony i dzięki temu reagowałem odpowiednio na wszystkie zagrania rywali. Chyba rozegrałem swój najlepszy w karierze mecz w deblu. Nigdy nie zapomnę ostatnich dwóch tygodni" - zapewnił na konferencji prasowej Kubot.

Reklama

W sobotę Kubot zanotował pierwszy wielkoszlemowy triumf. Jak jednak zaznaczył, przede wszystkim cieszy go to, że zwycięstwo odniósł wreszcie partnerujący mu w Melbourne Robert Lindstedt. Starszy o pięć lat Szwed trzykrotnie wcześniej wystąpił w decydującym meczu Wimbledonu (2010-12), ale wraz z Rumunem Horią Tecau za każdym razem musiał uznać wyższość przeciwników.

"Właściwie to bardziej nawet cieszę się z powodu Roberta. Jest jednym z najciężej pracujących zawodników na świecie. Wiedziałem, że to jego czwarty finał. Jestem bardzo szczęśliwy, że cały trud zwrócił mu się właśnie teraz, gdy grał tu razem ze mną" - zauważył.

To, że on i Lindstedt stworzyli duet podczas Australian Open jest efektem kontuzji odniesionej przez Juergena Melzera. To Austriak miał grać bowiem przez cały sezon ze Szwedem. Gdy doznał urazu Skandynaw zwrócił się z propozycją do Polaka.

"Chciałbym jeszcze raz podziękować Robertowi, że mnie wybrał. Nie wiem, czy byłem jego pierwszym wyborem po tym, jak się dowiedział o kontuzji Juergena czy też nie. Wydaje mi się, że na jego ofertę odpowiedziałem bardzo szybko" - dodał Kubot.

Sam przy okazji przeprosił Jeremy'ego Chardy'ego. To z Francuzem pierwotnie miał zagrać w Melbourne w deblu, ale zrezygnował w ostatnim momencie, wybierając Lindstedta.

"Wybacz Jeremy, ale wydaje mi się, że podjąłem właściwą decyzję. W tym turnieju korzystaliśmy m.in. z doświadczenia mojego idola Jonasa Bjoerkmana, który jest trenerem Roberta" - zauważył.

Jeden z dziennikarzy zapytał, czy sukces odniesiony w sobotę oznacza, że zamierza kontynuować współpracę z Lindstedtem. Lubinianin odparł, że musi o to spytać Szweda. Ten od razu zapewnił ze śmiechem, że tak będzie.

Sam nie szczędził Kubotowi komplementów. Określił go jako jednego z najlepszych zawodników, z którymi przyszło mu grać.

"Współpracowałem z wieloma doskonałymi tenisistami i tylko z kilkoma z nich wszystko układało się tak dobrze jak teraz. Byłem w naprawdę trudnej sytuacji po kontuzji Juergena, a zawodnicy specjalizujący się w deblu byli już zajęci i musiałem szukać wśród singlistów. Łukasz był w tym wypadku najlepszą opcją. Ma niesamowitą pozytywną energię, dzięki której ja sam staję się lepszym graczem. Niezbyt często jesteśmy świadkami czegoś takiego" - podkreślił.

Tuż po ostatniej akcji finału 31-letni Polak odtańczył na środku kortu kankana. W przeszłości, po ważnych zwycięstwach, zdarzało już mu się w ten sposób celebrować sukcesy.

"Zawarłem umowę z moją rodziną, że jeśli wygram tę imprezę to zrobię to ponownie. Nie uważam, aby było to zawstydzające. Poddałem się po prostu ogarniającym mnie emocjom" - przyznał.

Lindstedt z kolei po kilku minutach usiadł i rozpłakał się ze wzruszenia. "Ludzie mówią, że prawdziwi mężczyźni nie płaczą? Cóż, oni się mylą, czyż nie? Reaguję bardzo emocjonalnie. Płaczę ze szczęścia, a gdy coś mi nie wychodzi, to od razu się wściekam. Wszyscy chyba widzieli, jak ważne było dla mnie to zwycięstwo, skoro płakałem jak dziecko" - dodał z uśmiechem 36-letni Szwed.

Wyraz ogarniającym go emocjom dał także wyraz podczas przemówienia przy odbieraniu trofeum, gdy kilkakrotnie podczas podziękowań zaznaczał, że właściwie nie wie, co mówi.

Dowiedz się więcej na temat: Łukasz Kubot | Robert Lindstedt | australian open

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama