Reklama

Reklama

Kubot wierzy, że wywalczy kwalifikację olimpijską

Startujący w niedzielę wielkoszlemowy turniej na kortach ziemnych im. Rolanda Garrosa (z pulą nagród 18,718 euro) będzie dla tenisistów ostatnią okazją do walki o olimpijskie kwalifikacje. Występ na igrzyskach w Londynie jest głównym celem Łukasza Kubota.

Polska Agencja Prasowa: O prawie gry na igrzyskach w Londynie zdecyduje ranking z 11 czerwca. To sprawia, że Roland Garros wyrasta na najważniejszy turniej w 2012 roku?

Reklama

Łukasz Kubot: - Dla mnie olimpiada to najważniejszy występ w tym roku i pod nią układam kalendarz startów. Oczywiście to na razie wciąż tylko cel i największe marzenie, które chciałbym zrealizować. Jestem bliski kwalifikacji i wierzę, że ją uzyskam, ale musimy poczekać jeszcze ponad dwa tygodnie.

W Paryżu zatem przydałoby się obronić przynajmniej część ze 115 punktów za ubiegłoroczną trzecią rundę...

- Nie patrzę na to w ten sposób. W Roland Garros chcę wypaść jak najlepiej, a nie będę liczyć, ile punktów potrzebuję, by pojechać na olimpiadę. Obecnie gram na swoim najwyższym poziomie i wierzę, że stać mnie na dobry wynik w Paryżu. Przed rokiem właśnie tam nabrałem pewności siebie. Przeszedłem eliminacje, a w pierwszej rundzie pokonałem Nicolasa Almagro, choć Hiszpan wygrał dwa pierwsze sety. To był solidny kop, który pozwolił mi dojść do trzeciej rundy, a miesiąc później do 1/8 finału w Wimbledonie. Wierzę, że tym razem będzie podobnie, a dobry występ w Paryżu rozpocznie drogę do jeszcze lepszej gry na olimpiadzie.

Między Wimbledonem a turniejem olimpijskim, który rozgrywany będzie też tamtej trawie, nie ma możliwości do startów na tej nawierzchni...

- Faktycznie nie ma wtedy turniejów na trawie, dlatego w lipcu zamierzam zagrać w Stuttgarcie i Gstaad lub Hamburgu, w zależności, gdzie załapię się do głównej drabinki. A ostatni tydzień przed igrzyskami, to będą już tylko treningi. To jednak na razie są tylko plany, bo wciąż nie mam w ręku kwalifikacji do Londynu. Wierzę, że ją zdobędę i że to będzie dla mnie przełomowy rok.

Pana tenis wciąż oparty jest na coraz rzadszej taktyce serwis-wolej...

- Tu się nic nie zmieniło i pewnie nieprędko zmieni, przynajmniej dopóki starczy mi na to sił. Ten styl wydobywa z mojego tenisa to, co najlepsze. No i chyba przynosi dobre efekty.

Ale w tym roku brakuje chyba trochę szczęścia w losowaniach drabinek. Już w drugich rundach trafił pan na Davida Ferrera, Juana Martina del Potro, Andy'ego Roddicka czy ostatnio w Rzymie Tomasza Berdycha...

- No tak i jeszcze w pierwszej rundzie Australian Open był Almagro. Grałem przeciw niemu bardzo dobrze, ale to nie wystarczyło. Faktycznie nie mam w tym sezonie łatwych losowań, ale to nie może być wytłumaczenie. Chcąc się wspinać w rankingu, muszę wygrywać z mocniejszymi rywalami i coraz częściej mi się to udaje. Jedynie wciąż niezbyt dobrze radzę sobie z zawodnikami z pierwszej dziesiątki, ale tu jest w męskim tenisie ogromna przepaść, którą trudno przeskoczyć.

Na tydzień przed Roland Garros osiągnął Pan w Rzymie swój pierwszy deblowy finał turnieju ATP Masters 1000 z Janko Tipsarevicem. To obiecujący wynik?

- Z Janko grało nam się bardzo dobrze, choć wynik w Rzymie był dla nas pewnym zaskoczeniem. Tym bardziej, że w pierwszym meczu mieliśmy nóż na gardle i obroniliśmy cztery kolejne meczbole w super tie-breaku. Ale później wyeliminowaliśmy mistrzów Australian Open Leandera Paesa i Radka Stepanka, a co najważniejsze po raz pierwszy udało mi się pokonać braci Bryanów.

Czy para Kubot-Tipsarevic wystąpi w Roland Garros?

- Niestety nie. Janko jest obecnie ósmy w rankingu ATP i w Wielkim Szlemie nie gra w deblu, tylko koncentruje się na singlu. Dlatego w Paryżu wystąpię z Niemcem Benjaminem Beckerem, z którym dzielę trenera Jana Stocesa.

Dowiedz się więcej na temat: Londyn 2012 | Łukasz Kubot

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje