Reklama

Reklama

Kubot i Lindstedt w ćwierćfinale Rolanda Garrosa

Polsko-szwedzki debel Łukasz Kubot i Robert Lindstedt awansował w sobotę do ćwierćfinału wielkoszlemowego Roland Garros, po wygranej z Jonathanem Erlichem z Izraela i Brazylijczyka Marcelo Melo 6:4, 7:6 (7-5). Odnotował pierwszą serię trzech zwycięskich meczów od stycznia.

- Ostatnio mieliśmy taką serię w Australian Open. Nie pogniewałbym się, gdybyśmy i tutaj odnieśli zwycięstwo wielkoszlemowe.  Jesteśmy parą trochę nieobliczalną, która może wygrać jeden turniej, a potem mieć serię porażek w pierwszych rundach, no i znów zrobić dobry wynik. Słabo wchodzimy w pierwsze mecze w turniejach, ale jak już w naszej grze coś zaskoczy, to wtedy się rozkręcamy - powiedział po awansie Kubot.

- W Melbourne zagraliśmy bez żadnej presji i udało nam się zwyciężyć. Potem mieliśmy wzloty i upadki, bo rozegraliśmy kilka dobrych meczów, ale ich wyniki nie zawsze były dla nas satysfakcjonujące. Jednak przed Paryżem, już w Rzymie i Madrycie, czuliśmy, ze jest coraz lepiej, a teraz widać skutki, bo wskoczyliśmy tu na wyższy poziom - dodał Lindstedt.

Reklama

W styczniu w Melbourne obaj odnieśli pierwsze w karierze zwycięstwa w Wielkim Szlemie, choć zdecydowali się na wspólny występ w ostatniej chwili. Potem wiodło im się gorzej.

- Może się okazać, że najlepiej się mobilizujemy na Wielkie Szlemy, co by nie było takie złe. Ale tak naprawdę wpływ na to może mieć fakt, że tu nie gra się według starych przepisów, czyli na przewagi i bez super tie-breaka. To eliminuje trochę przypadkowość wyników i daje większe szanse kontrolowania przebiegu meczów. To było widać dzisiaj, bo z obu stron gra opierała się na solidnych serwisach i pilnowaniu, by się nie dać przełamać - uważa Kubot.

- Po pierwszym wygranym secie wiedziałem, że musimy za wszelką cenę pilnować serwisów, a jak dojdzie do tie-breaka, trzeba będzie urwać jednego czy dwa mini "breaki". Mieliśmy dziś mały kryzys i pewnie to nie było to wielkie widowisko, ale takie mecze trzeba też przetrwać. Wygraliśmy zasłużenie i cieszę się, że w dwóch setach. Grunt, że przeszliśmy dalej i teraz mamy dzień na odpoczynek przed ćwierćfinałem. Tenisiści mówią, że tak naprawdę Wielkim Szlem zaczyna się dopiero w drugim tygodniu, a my już w nim jesteśmy, więc zaczynam turniej na nowo - dodał.

Następnych rywali polsko-szwedzki duet pozna w niedzielę. Będą nimi albo Amerykanin Jack Sock i Brazylijczyk Joao Sousa, albo Kazach Andriej Gołubiew i Australijczyk Samuel Groth.

27-letni Lindstedt przed tegorocznym Australian Open trzykrotnie ponosił porażki w wielkoszlemowych finałach. Wszystkie w Wimbledonie, w latach 2010-12. Kubotowi udało się triumfować za pierwszym podejściem.

- Dobrze się czuje na każdej nawierzchni, bez różnicy, nawet na "ziemi", ale trawę po prostu kocham. Uwielbiam też pięciosetowe mecze na przewagi i bez tie-breaka w ostatnim secie. Zawsze szło mi na niej najlepiej, więc może i tym razem, z Łukaszem, też tak będzie. Przed Wimbledonem zagramy razem w Halle, ale później Łukasz skupia się na singlu i jedzie do s’Hertogenbosch, a ja zagram w Eastbourne z Białorusinem Maksem Mirnym. Ale potem razem zagramy w Wimbledonie, prawda Łukasz? - powiedział Lindstedt.

- Jeszcze o tym pomyślę - odpowiedział ze śmiechem Kubot.

W sobotę z deblem kobiet pożegnały się dwie ostatnie Polki - Katarzyna Piter i Alicja Rosolska. Piter w parze z Gruzinką Oksaną Kałasznikową przegrały z rozstawionym z numerem czwartym czesko-słoweńskim duetem Kveta Pechke i Katarina Srebotnik 6:7 (2-7), 4:6.

- Wszystko, co dobre musi się kiedyś skończyć, teraz czas wracać do domu. Pewnie już jutro, bo teraz muszę trochę odpocząć i przygotować się do kolejnych turniejów, tym razem na trawie. Zamierzam zgrać najpierw w Birmingham, a tuż przed Wimbledonem zgłosiłam się jeszcze do Eastbourne. Tam jednak załapałam się tylko do eliminacji - powiedziała INTERIA.PL Piter, która wcześniej odpadła w pierwszej rundzie w singlu.

23-letnia poznanianka dopiero od jesieni ubiegłego roku jest sklasyfikowana w pierwszej setce rankingu WTA Tour. To umożliwia jej występy w Wielkim Szlemie, w którym zadebiutowała w styczniowym Australian Open.

- Dopiero zbieram doświadczenia w największych imprezach. Tak się wydaje, ale kiedy się gdzieś jest raz, drugi, trzeci, to już wiadomo co i jak, zna się wszystkie skróty, po prostu jest łatwiej. A za pierwszym razem może to trochę przerażać i człowiek się uczy wszystkiego jak dziecko, z szeroko otwartymi oczami. Ale zbieram swoje doświadczenia wielkoszlemowe i liczę, że już niedługo zaczną procentować. Może nawet już podczas Wimbledonu? - powiedziała Piter.   

W drugiej rundzie deblowy występ zakończyła również Alicja Rosolska razem z Kanadyjką polskiego pochodzenia Gabrielą Dabrowski. Przegrały z Carą Black z Zimbabwe i Sania Mirzą z Indii (nr 5.) 1:6, 2:6.

W tej samej fazie miksta odpadła w sobotę Klaudia Jans-Ignacik z Brytyjczykiem polskiego pochodzenia Dominikiem Inglotem.

Z Paryża Tomasz Dobiecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje