Można oczywiście powiedzieć, że gdyby Iga Świątek czy Aryna Sabalenka regularnie rywalizowały w deblu i mikście, to też pewnie zdołałyby osiągnąć taki sukces. Polka, odkąd zaczęła odnosić sukcesy, porzuciła grę podwójną, ale przecież w 2021 roku dotarła z Bethanie Mattek-Sands do finału Roland Garros, przegrała go z wybitnym duetem Barbora Krejcikova-Katerina Siniakova. A rok wcześniej była w półfinale. Raptem trzy starty - i dwa efektowne wyniki.
A w mikście jest nawet jeszcze lepiej, bo w sierpniu zeszłego roku Raszynianka grała o tytuł w Nowym Jorku - w nowej formule, wspólnie z Casperem Ruudem. Nie udało się wygrać trzeciego seta z parą Sara Errani/Andrea Vavassori, a szkoda. Kiedyś w Melbourne był też ćwierćfinał, razem z Łukaszem Kubotem.
Sabalenka z kolei ma w dorobku dwa tytuły deblowe z Elise Mertens (Nowy Jork 2019, Melbourne 2021), ale tylko jeden niezbyt udany start w mikście (Londyn 2019). I od tamtych czasów skupia się wyłącznie na singlu, jest światową "1". To zresztą specyfika tych największych zawodniczek w obecnym czasie - starają się skupiać na jednej rzeczy. Kiedyś zaś było inaczej.
Tym bardziej trzeba więc podkreślić rzecz, której dokonała Ostapenko.
Wimbledon. Jelena Ostapenko z trzecim wielkoszlemowym tytułem. Każdy na innej nawierzchni. Jest coś jeszcze
Dla Łotyszki turniej w Londynie był jedną z trampolin w początkowej fazie kariery - wygrała tu juniorską edycję Wimbledonu w 2014 roku, mimo bardzo trudnej ćwiartki w drabince. Były w niej m.in. Paula Badosa, Marketa Vondrousova, Anhelina Kalinina, Natalia Wichłancewa czy Katie Boulter. Później dotarła tu do półfinału singla (2018) i finału debla (2025), ale jednak profesjonalnego tytułu nie mogła wywalczyć. Miała takie z Paryża (singiel, 2017) i Nowego Jorku (debel, 2024). A teraz uzupełniła kolekcję: raz, że o miksta. A dwa: o kolejną nawierzchnię.

Tę radość zapewniło jej czwartkowe zwycięstwo w finale, wspólnie z Marcelo Arevalo. Salwadorczyk kapitalnie serwował, ale w finale to Ostapenko dokonała zwrotu. Mimo że para Storm Hunter/Marc Polmans wygrała pierwszego seta, a w drugim prowadziła już z przełamaniem. Finał zakończył się triumfem pary z Łotyszką - 4:6, 7:5, 6:2.
To zaś oznacza, że Jelena dołączyła do grona 12 innych zawodniczek, które w erze open wygrywały tytuły w Singlu, deblu i mikście. Gdyby wyłączyć z tego grona siostry Williams, raczej stanowiących obecnie marketingową atrakcję, z aktywnych tenisistek doświadczyła tego tylko Krejcikova. A na liście są sławy: z Martiną Navratilovą, Billie Jean King, Margaret Court, Martiną Hingis, Evonne Goolagong czy Janą Novotną na czele.
To zaś sprawia, że pięć lat po zakończeniu zawodowej rywalizacji Łotyszce może być łatwiej o przedostatnie się do Tennis Hall of Fame, co nie jest takie łatwe. Ostatnie lata pokazują, że wygranie jednego czy dwóch Wielkich Szlemów w singlu wcale nie jest wystarczającą przepustką. Ale już triumf we wszystkich specjalizacjach może być krokiem ku temu.
Świątek (sześć tytułów, 125 tygodnie w roli liderki) oraz Sabalenka (cztery tytuły, w lipcu minie 100 tygodni jej panowania w rankingu) mogą być jednak o to spokojne.















