Krecz zakończył bój z udziałem światowej "1". Fissette ogłosił decyzję
W sobotę poznamy wszystkich uczestników finałowego turnieju w rozgrywkach Billie Jean King Cup - ten odbędzie się we wrześniu w Shenzhen. Choć prawdopodobnie bez Polski, która - pozbawiona Igi Świątek - przegrywa w Gliwicach z Ukrainą 0:2. Raszynianka nie zdecydowała się tym razem na reprezentowanie kraju, do pracy wrócił za to jej niedawny szkoleniowiec - Wim Fissette. I po dwóch potyczkach jego drużyny już możemy mówić o sporej niespodziance. A Belg zapowiedział konkretną decyzję ws. kolejnej potyczki.

W finałowej rywalizacji w Shenzhen, w drugiej połowie września, wystąpi tylko osiem zespołów. Pewne gry tam są Chiny, o siedem pozostałych miejsc trwa obecnie rywalizacja na trzech kontynentach. Niespodzianek nie ma w potyczkach Polski z Ukrainą, bo taką nie jest wynik 0:2 po dwóch singlach, ale też w meczu broniących tytułu Włoszek z Japonkami (2:0). Zaskoczeniem jest jednak wynik w meczu Australii z Wielką Brytanią (0:2), bo ta druga poleciała do Brisbane w mocno rezerwowym składzie.
A w sumie sensacją jest to, co się dzieje w Ostendzie. Belgia jeszcze półtora roku temu grała na peryferiach tych rozgrywek, Wim Fissette niewiele mógł tu zdziałać. Zwłaszcza że gry w kadrze odmawiała Elise Mertens, a inne doświadczone tenisistki się wykruszały. Teraz zaś jego ekipa trafiła na Stany Zjednoczone, które w jakiejkolwiek konfiguracji nie przyleciałyby na mecz do Europy, są i tak pewniakiem. Choć tym razem chyba gwiazdy trochę jednak przesadziły.
Lindsay Davenport, była wielkoszlemowa mistrzyni z Melbourne, Londynu i Nowego Jorku, musiała w roli liderki wystawić zaledwie 18-letnią Ivę Jovic, choć to już 16. rakieta świata. Na grę w narodowych barwach nie zdecydowała się Coco Gauff, która wystąpi za kilka dni w Stuttgarcie, ale też Jessica Pegula czy Amanda Anisimova, one wrócą w Madrycie. Mimo wszystko można było sądzić, że po pierwszym dniu Amerykanki będą przynajmniej remisowały w Ostendzie 1:1. Stało się inaczej.
Billie Jean King Cup. Amerykanki tak jak Polki. Radość Wima Fissette'a w Ostendzie
W pierwszej potyczce Jovic mierzyła się bowiem z Hanne Vandenwinkel - 21-letnią zawodniczką, której szansę gry w kadrze dał właśnie Fissette. Niedawno pierwszy raz wskoczyła do najlepszej setki świata, zapewniła sobie grę w głównej drabince French Open. Tyle że na pewno nie była faworytką w starciu z Jovic - półfinalistką WTA 500 z Charleston sprzed tygodnia.

Tymczasem Belgijka zaskoczyła rywalkę serwisem - w pierwszej partii nie dała jej żadnego break pointa. Sama miała jedną szansę, nie wykorzystała jej. Decydował tie-break, w nim Vandenwinkel, wspierana przez trzy tysiące kibiców, triumfowała 7-3.
Na początku drugiej partii Belgijka przegrywała już 0-40, zdołała jednak obronić w tym gemie aż cztery break pointy. A za moment sama przełamała młodszą, ale znacznie wyżej notowaną rywalkę. I już tego nie wypuściła, wygrała 7:6 (3), 6:3. Zebrała owacje, gratulował jej Fissette.
A później Belgowie mieli swoją gwiazdę - Elise Mertens, liderkę rankingu deblowego na świecie. Wróciła do kadry po długiej przerwie, nie chciała się oszczędzać.
Tu pojawiły się jednak problemy, choć Mertens wygrała seta otwarcia w tie-breaku. Później jednak świetnie grała McCartney Kessler, triumfowała w drugim secie (6:2), w trzecim prowadziła 3:2, miała trzy okazje na 4:2. Przegrała jednak tego gema, a na starcie kolejnego - "zesztywniała" po serwisie. Miała problem z podejściem do siatki, widać już było, że stało się coś poważnego. Przerwa medyczna nie pomogła, kapitan drużyny USA Lindsay Davenport podeszła do Fissette'a i Mertens - przekazała decyzję o kreczu.

A to oznacza, że Belgia prowadzi 2:0 i ma aż trzy szanse na niespodziewany awans do finału. W sobotę odbędzie się najpierw mecz deblowy, później Mertens zagra z Jovic, a rywalką Vandenwinkel będzie zapewne Hailey Baptiste lub Caty McNally. O ile będzie sens organizowania takiego meczu.
Zwłaszcza, że Fissette już zapowiedział obecność Elise Mertens w grze podwójnej.












