Końcówka meczu o półfinał ATP, Polak padł na plecy. 5 minut później turniejowa "1" za burtą
Maks Kaśnikowski zaczynał ten rok w drugiej setce rankingu ATP, wtedy nie musiał się bać o miejsce w challengerach ATP. Plany sięgały znacznie wyżej, ale pokrzyżowała je kontuzja, młody Polak stracił kilka miesięcy. A gdy wrócił, nie było łatwo odnaleźć dobrą formę. Teraz zaś wszystko idzie już ku lepszemu, Kaśnikowski sprawił sporą sensację w challengerze ATP 75 w Drummondville, pokonał 6:4, 6:3 najwyżej notowanego zawodnika Liama Draxla. Mimo że chwilę wcześniej zrobiło się bardzo niebezpiecznie.

Trzy lata temu 19-letni Maks Kaśnikowski dość niespodziewanie późną jesienią poleciał do Kanady - zajmował 470. miejsce w rankingu, zgłosił się do kwalifikacji dwóch challengerów ATP - w Calgary i Drummondville. W tym pierwszym napisał kapitalną historię, przeszedł kwalifikacje, dotarł do półfinału. Pokonał m.in. Vaska Pospisila, zawodnika o pięknej historii, ale i renomie w męskim tenisie.
Walkę o finał przegrał wtedy z Aleksandrem Vukiciem, a już niespełna dobę później walczył w kwalifikacjach niespełna 4 km dalej na wschód - w Drummondville. Tu doszedł do drugiej rundy, zatrzymał go 118. w rankingu Michael Mmoh.
Polak wracał do Kanady także w 2023 roku (ograł m.in. Benoita Paire) i 2024 roku, wtedy miał "jedynkę" w drabince w Calgary. Był 171. zawodnikiem świata, mógł spokojnie myśleć o kwalifikacjach Australian Open.
Teraz Kaśnikowski znalazł się mniej więcej tam, gdzie był trzy lata temu. Kontuzje sprawiły, że spadł do szóstej setki w rankingu ATP, poleciał za ocean szukać punktów, których jakoś nie mógł znaleźć w Europie. I znów okazało się to znakomitym wyborem.
Challenger ATP 75 w Drummondville. Maks Kaśnikowski kontra Liam Draxl. Rywal rozstawiony z jedynką
Przed tygodniem, na rozgrzewkę, Kaśnikowski zagrał bowiem w turnieju ITF M25 w Montrealu. Wygrał go, nie stracił seta, przeniósł się do Drummondville. Mimo niskiego rankingu, nie musiał jednak przebijać się przez kwalifikacje - i tak by na nie nie zdążył. Wygrał jedno spotkanie, w czwartek zrewanżował się Mmohowi za porażkę sprzed trzech lat. Mimo, że przegrywał już 0:5 w pierwszym secie. Skończyło się na 1:6, 6:4:4:0 - Mmoh skreczował.
Dziś jednak przed 22-latkiem spod Pruszkowa znalazło się znacznie więsze wyzwanie. Rywalem był bowiem Liam Draxl - faworyt gospodarzy, rozstawiony tu z jedynką. 120. na liście ATP, a wyżej notowanych Polak ograł tylko pięć razy w swojej karierze.
Kaśnikowski zagrał rewelacyjnie, mądrze. Co najważniejsze, ani razu nie dał się przełamać. Cierpliwie starał się budować przewagę przez bekhend rywala, by później nagle zmieniać stronę. Sam miał aż pięć breaków w dwóch pierwszych gemach serwisowych Kanadyjczyka. Ten się jednak wybronił. W piątym gemie już nie dał rady, Kaśnikowski objął prowadzenie 3:2, a później - 4:2. Draxl mógł odrobić stratę w ósmym gemie, prowadził już 40-0, miał tu aż cztery break pointy. Skończyło się jednak dobrze dla Kaśnikowskiego, a seta wygrał 6:4.
W drugim sytuacja znów ułożyła się dobrze dla 22-latka z Polski. To on wywalczył breaka na 4:3, za chwilę podwyższył na 5:3. A później doszło do groźnie wyglądającej sytuacji - Kaśnikowski ruszył do piłki, poślizgnął się, runął na plecy. Na szczęście nic poważnego się nie stało. Minął moment, a znów leżał, tym razem przy siatce, podbiegł do skrótu, aż usiadł na korcie, ale punkt jednak zdobył. A za moment cieszył się z miejsca w półfinale - wygrał 6:4, 6:3.
Polak w rankingu ATP "na żywo" awansował na 407. miejsce. Jeśli wygra półfinał, dołoży do tego kolejnych 50 pozycji. A jeśli wygra, będzie w okolicach 310. miejsca.
Później Maks ma jeszcze w planach start w challengerze w Atenach.















