Reklama

Reklama

Karol Stopa. Rotacja wsteczna: Salatera bez gwiazd

Kolejne piłki w meczu Lucas Pouille - Steve Darcis zapowiadały zejście lawiny. Spodziewano się, że będzie ona potężnych rozmiarów, skoro przez trzy dni na wypełnionym po brzegi futbolowym Stade Pierre Mauroy w Lille nagromadziło się aż tyle emocji, a tenisowa Francja dokładnie 16 lat czekała na podobną chwilę - pisze w rubryce "Rotacja Wsteczna" Karol Stopa, komentator tenisa w Eurosporcie.

To, co na korcie, zwłaszcza jakość widowiska, przestaje wówczas cokolwiek znaczyć. Ważne jest, aby zwyciężyć i zacząć czas szalonego świętowania.

"Les Bleus" sztuki tej dokonali. W sportowo dość marnej ostatniej grze wyrwali rywalom z Belgii decydujący punkt i po raz dziesiąty sięgnęli po Puchar Davisa. Legenda siwiejącego już niestety 57-latka, Yannicka Noah, została podtrzymana. Ostatni Francuz z wielkoszlemowym tytułem, a zarazem ktoś, kto sam nigdy Srebrnej Salatery nie wywalczył, w roli kapitana reprezentacji "Trójkolorowych" dokonał takiej sztuki już po raz trzeci.

Reklama

To było zdecydowanie inne francuskie zwycięstwo. Wystarczy poszperać w historii i przypomnieć sobie okoliczności, w jakich "Niebiescy" zdobywali poprzednie tytuły drużynowych mistrzów świata w tenisie. Choćby spektakl w Lyonie w roku 1991, gdy Forget i Leconte w sensacyjnym wręcz stylu pokonali Amerykanów z Samprasem oraz Agassim, albo sukces w Malmoe 1996, kiedy gospodarze (Edberg, Enqvist, Bjorkman, Kulti) w pięciosetowych bitwach nie znaleźli sposobu na o wiele niżej notowanych i jednak starszych rywali znad Sekwany (Boetsch, Pioline, Forget, Raoux). U kogoś, kto wybrał w ten weekend spektakl w Lille i akurat nie był ubrany ani na niebiesko, ani czerwono, mogło powstać wrażenie, że ogląda jakąś marną podróbkę tamtych, niesamowitych batalii. Wielu fanów dochodziło nawet do wniosku, że szkoda im czasu na śledzenie zmagań aż tak pozbawionych dramaturgii.

Słaba forma Tsongi

Gospodarze występowali w roli faworyta i ostatecznie finał wygrali, mimo słabej formy swego nr 1. W niedzielę Joe-Wilfried Tsonga przez półtora seta dotrzymywał kroku liderowi gości i chyba tylko wtedy zapachniało wielkim tenisem. Z trzech dni finału na pewno był to jedyny fragment wart tego, aby go obejrzeć raz jeszcze. David Goffin, tenisista niepozorny, za to genialny, jeśli idzie o technikę uderzeń, okazał się największą sportową gwiazdą spektaklu. Zdobył w singlu dwa punkty i o wiele silniejszego fizycznie Tsongę po prostu rozgromił. Rzec można, właściwy człowiek na właściwym miejscu, co jednak, z uwagi na sylwetkę Belga, dziwnie się komponowało na monstrualnie wielkim korcie w Lille.

Paradoksalnie drugi singlista gości, także ich debel, mimo aż tylu zasług w rundach początkowych, do tegorocznego finału nie pasowali zupełnie. Cała trójka kojarzyła się prędzej z grą w małych challengerach, niż tak prestiżową okazją.

Puchar Davisa jest rywalizacją zdominowaną przez starą i piękną tradycję. Niestety gołym okiem widać, że coraz gorzej pasuje ona do współczesnej, mocno merkantylnej rzeczywistości. Historia rozgrywek przypomina nam o roli, jaką odegrały państwa, organizujące turnieje wielkiego szlema. Amerykanie mają dziś na koncie 32 trofea, Australijczycy 28, Francja z dziesięcioma dogoniła dziś Wielką Brytanię.

Jest to dokładnie 80 lat z zabawy, rozpoczętej w roku 1900. Od 1981, gdy pojawił się podział na ligi, a niżej także na strefy geograficzne, w ekstraklasie złożonej z 16 krajów ta stara hierarchia najwyraźniej jednak przestała obowiązywać. Ostatnia dekada przyniosła też jeszcze inne, dość niepokojące zjawisko. Coraz częstszą, chwilami wręcz demonstracyjną nieobecność gwiazd. Nasycenie profesjonalnymi turniejami stało się tak duże, że Puchar Davisa musiał iść w odstawkę. Państwa chlubiące się zawodnikami z czuba rankingu coraz częściej muszą powoływać do swych  reprezentacji tenisistów z głębokiego zaplecza.

Dokładnie tak właśnie było od I rundy w meczach Grupy Światowej Pucharu Davisa 2017. I to w dużej mierze z tego powodu skład finału w Lille mieliśmy ostatecznie taki, a nie inny.

Zasłużyli na Srebrną Salaterę

Patrząc przez pryzmat zasług, jakie wynikają z organizowania Rolanda Garrosa, biorąc też pod uwagę potęgę samej federacji, jej tak często chwalony system szkolenia, czy mnogość wprowadzanych do rankingowej setki świetnych zawodników, Francuzi ze wszech miar zasłużyli na Srebrną Salaterę. Noah dokonał niemal cudu, bo z grupy starzejących się, zniechęconych i coraz mniej skutecznych w ATP, a skądinąd wciąż niezłych tenisistów, wykombinował zestaw, jaki w końcu zdał egzamin. Za kulisami FFT wiele było w ostatnich latach zgrzytów, afer i nieporozumień, zaś w obu kadrach, męskiej i kobiecej, z różnych powodów te mocne karty nie zawsze układano prawidłowo. Głównie dlatego sukcesów, o jakich marzą kibice tenisa nad Sekwaną, w drużynowej rywalizacji wciąż było stanowczo za mało.

Czy to zwycięstwo będzie miało efektowny ciąg dalszy, osobiście wątpię.

Yannick przez całe życie był człowiekiem niezwykle emocjonalnym. Teraz, gdy patrzyłem na jego twarz, wiele razy miałem wrażenie, że raczej cierpi i jest smutny, a nie bawi się spektaklem, jak dawniej. Nie jest tajemnicą, że dzisiejszy Noah ma problem ze złapaniem kontaktu z dużo od siebie młodszymi zawodnikami. Z kilkoma się skonfliktował i nie potrafi już dogadać. Wcześniej ekipa zwycięzców funkcjonowała  długo w różnych układach interpersonalnych, a ten akurat kapitan wtargnął tam trochę niczym gość z kosmosu. Sukces naturalnie góry potrafi przenosić, niemniej wygląda na to, że cenne trofeum dla takich postaci jak Richard Gasquet, Gilles Simon, Nicolas Mahut, Jeremy Chardy, Julien Benneteau czy Joe-Wilfried Tsonga prędzej będzie ukoronowaniem pięknych karier, niż początkiem nowych wyzwań.

Kiedy w niedzielę na Stade Pierre Mauroy strzelały korki od szampana, a rozemocjonowany tłum kolejny raz śpiewał "Marsyliankę", ktoś przytomnie zauważył, że w profesjonalnym tenisie właśnie rozpoczęło się wsteczne odliczanie. Bo zawodnicy mają od tej chwili dokładnie 34 dni wolnego. Na zasłużony urlop, zregenerowanie sił, podleczenie kontuzji i - jak mawiają światowcy - na reset. Bo przecież już w europejską, sylwestrową noc, turniejowa karuzela ATP znów z impetem ruszy w swą  drogę. I chyba wtedy będzie się  działo.

Karol Stopa

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL