Reklama

Reklama

Jerzy Janowicz - młody "bombardier"

Jerzy Janowicz to wschodząca gwiazda tenisa. Mierzący 203 cm 22-letni łodzianin właśnie zaczął pisać swoją historię osiągając pierwszy w karierze ćwierćfinał w Wielkim Szlemie, w turnieju na trawiastych kortach w Wimbledonie (z pulą nagród 22,56 mln funtów).

Dla porządku należy wspomnieć, że w Londynie to po prostu Dżerży Dżanowicz. Albo bardziej familiarnie, choć zarazem karkołomnie, "Dżerżyk". Przez kolegów i rodzinę nazywany jest bowiem "Jerzykiem" dla odróżnienia od ojca, Jerzego seniora. W środę po południu 22. w rankingu ATP World Tour tenisista zagra o półfinał z Łukaszem Kubotem, 31-letnim "outsiderem", obecnie 130. na świecie (jeśli przegra w poniedziałek awansuje na 62. miejsce).

Reklama

Zapowiada się więc polski dzień, prawdziwe święto polskiego tenisa, jak zgodnie twierdzą główni bohaterowie tego pojedynku. Będzie to jednak też walka dwóch pokoleń. Kubot, jako pierwszy od czasów Wojciecha Fibaka, przetarł szlaki wchodząc do czołowej setki (w kwietniu 2010 r. był 41. na świecie). Natomiast Janowicz junior idealnie komponuje się z hasłem przewodnim akcji "New balls please" prowadzonej przez władze ATP Tour kilka lat temu.

"Choć z pewnym opóźnieniem, to zaczyna ona przynosić skutki. W ostatnich latach męskim tenisem rządziła wielka czwórka, czyli Djokovic, Federer, Nadal i Murray, ale co widać tutaj, zaczyna się to zmieniać. Tacy zawodnicy jak Jerzyk coraz częściej zaczynają burzyć ten porządek" - powiedział PAP Kim Tiilikainen.

Fin od dawna mieszka w Polsce i ma polską żonę. Od kilku lat pracuje z Janowiczem i nie przejmuje się powracającymi co jakiś czas komentarzami, że nie ma doświadczenia w prowadzenia tenisisty ze światowej czołówki ATP. "W sumie kto w Polsce ma?" - odpowiada ze spokojem i robi dalej swoje.

Faktycznie, do tego należy dodać dość nietypową sytuację, bowiem "Jerzyk" w przeciągu jednego listopadowego tygodnia, zamykającego praktycznie sezon, skoczył o ponad 60 lokat i znalazł się nagle na 26. miejscu na świecie. Wszystko na kilka dni przed 22. urodzinami.

Szczęśliwym miejscem okazuje się wielofunkcyjna hala Bercy, goszcząca ostatnią z dziewięciu imprez rangi ATP Masters 1000, ustępującym rangą tylko turniejom wielkoszlemowym. Przejście dwóch rund eliminacji przez Polaka to zaledwie początek wyboistej drogi w drabince naszpikowanej graczami ze ścisłej światowej czołówki. Scenariusz niczym z filmów z Tomem Cruisem spod szyldu "Mission Impossible".

Janowicz jednak się tym nie przejmuje i - jak opisał to wówczas felietonista "L'Equipe" - "zdejmuje po kolei pięć skalpów tenisistów z pierwszej dwudziestki ATP, w tym samego Andy'ego Murraya". Zwycięski marsz powstrzymał dopiero w finale Hiszpan David Ferrer, wykorzystując wyraźne zmęczenie Polaka wcześniejszymi ciężkimi pojedynkami.

Jednak żywiołowo reagujący po wygranych meczbolach "Jerzyk" staje się bohaterem mediów na całym świecie, upatrujących w nim "ożywczy wiatr w skostniałym męskim tenisie" - jak napisał wówczas "The Daily Mail". Jednocześnie brytyjski dziennik przypomniał, że właściwą wędrówkę do czołówki rankingu Polak rozpoczął w czerwcu, przechodząc eliminacje do Wimbledonu.

Właśnie w Londynie zadebiutował wówczas w Wielkim Szlemie, osiągając na trawie trzecią rundę. W niej nie wykorzystał dwóch meczboli przeciwko Niemcowi Florianowi Mayerowi, ale dwa tygodnie później, po triumfie w challengerze ATP w holenderskim Schevenigen, przekroczył granicę pierwszej setki.

W nowojorskim US Open mu się nie powiodło, odpadł w pierwszej rundzie. Na jesieni też nie zachwycał w hali. Gdy wydawało się, że sezon zakończy w okolicach 85. miejsca na świecie pojechał do Paryża, jak sam później mówił "spróbować swoich sił w eliminacjach i może wygrać jeden mecz w głównym turnieju".

Do tegorocznego Wimbledonu jego występ w Bercy można był spokojnie nazywać "turniejem życia". W Londynie zdobył już 360 i nawet jeśli teraz przegra, to awansuje w poniedziałek z 22. na 18. miejsce.  Jeśli natomiast pokona Kubota, zyska jedną lokatę więcej, a wtedy w półfinale stanie zapewne przeciwko Murrayowi, żądnemu rewanżu za listopadową porażkę. Wcześniej  Szkot musi się uporać z Hiszpanem Fernando Verdasco.

Przed Wimbledonem dwukrotnie w tym sezonie dochodził do trzeciej rundy w Wielkim Szlemie - w styczniu w Australian Open i w maju w Paryżu. Jednak w cyklu ATP wciąż brakuje mu kolejnego spektakularnego wyniku, choć spisuje się w nim coraz lepiej.

W maju dotarł do ćwierćfinału innej imprezy ATP Masters 1000 na kortach ziemnych w Madrycie, ponosząc w nim porażkę z samym Szwajcarem Rogerem Federerem 4:6, 6:7 (2-7). Wcześniej wyeliminował dwóch Francuzów z Top 10 - Richarda Gasqueta (9.) i Jo-Wilfrieda Tsongę (8.).

Ostatnie miesiące, liczone od finału w hali Bercy, sprawiły, że Janowicz nie tylko skoczył w klasyfikacji tenisistów, ale i wyraźnie dojrzał i zadomowił się w czołówce. Nabrał pewności siebie, ale i cech gwiazdy. Po wygranych meczbolach potrafi w napadzie radość rozerwać na sobie koszulkę, albo rzucić buty w trybuny, jak w Wimbledonie po pokonaniu Austriaka Juergena Melzera w czwartej rundzie.

W jego przypadku to ryzykowny gest, bowiem przy rozmiarze stopy 48 ciężko może być o nowe. O to jednak dba już w tej chwili Adidas, podobnie jak o stroje do gry, bowiem zawarł z łodzianinem na wiosnę kontrakt. Związanie się z dużą agencją menedżerską Legardere Unlimited to również poważny krok wprowadzający go na orbity wielkiego tenisa. Przynależność do czołówki zaczyna też potwierdzać coraz lepszymi wynikami.

Z Londynu - Tomasz Dobiecki

Który z Polaków zagra w półfinale Wimbledonu? Dyskutuj!

Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Janowicz | Łukasz Kubot | Wimbledon

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje