Reklama

Reklama

Interia.pl na Rolland Garrosie: ​kobieca drabinka pod lupą krytyki

Drabinka rywalizacji kobiet na otwarcie drugiego tygodnia turnieju na kortach ziemnych im. Rolanda Garrosa jest dość zaskakująca. Z czołowej dziesiątki rankingu WTA Tour można w niej znaleźć w poniedziałek zaledwie cztery nazwiska. "To bardzo seksistowskie pytanie" - wypaliła do jednego z dziennikarzy Andrea Petkovic.

Z czołowej trójki klasyfikacji tenisistek najwcześniej, bo już w pierwszej rundzie odpadła Chinka Na Li (nr 2.), triumfatorka styczniowego Australian Open. W drugiej dołączyła do niej Amerykanka Serena Williams (1.), a w trzeciej Agnieszka Radwańska (3.).

Reklama

W tej sytuacji najwyżej sklasyfikowaną uczestniczką 1/8 finału jest Rumunka Simona Halep, obecnie numer cztery na świecie, która rywalizuje z Amerykanką Sloane Stephens (15.).

Jeśli wygra, to w ćwierćfinale może tracić na zwyciężczynię wieczornego pojedynku pomiędzy Czeszką Luczie Safarzovą (23.) i Rosjanką Swietłaną Kuźniecową (27.), triumfatorką paryskiej imprezy z 2009 roku.    

- Jak patrzę na to, kto jeszcze został w kobiecej drabince, to mam wrażenie, że w Paryżu jest właśnie rozgrywany raczej średniej rangi turniej WTA Tour. W końcu najwyżej notowana zawodniczka w czwartej rundzie jest dopiero czwarta na świecie - powiedział w poniedziałek Mats Wilander otwierając swój program "Gem, Set, Mats" w Eurosporcie.

Na łamach "L’Equipe" za to wypowiedział się za to znany z ciętego języka były francuski tenisista Henri Leconte: "Tak naprawdę kogo obchodzi kobiecy tenis. Jest nudny, nudny i jeszcze raz nudny. No może faktycznie zwróciłem uwagę, że Serena odpadła. Ale nie pamiętam żadnego innego wyniku. Sądzę, że jak większość kibiców".

- Nie dziwią mnie takie komentarze, bo zawsze tenisiści negatywnie się wypowiadali o kobiecym tenisie. To, co trafia do mediów, to i tak łagodna wersja tego, co można usłyszeć czasem w szatniach czy strefie player’s lounge. I nie chodzi tu tylko o seksistowskie uwagi - powiedział INTERIA.PL Nikodem Pałasz, były menedżer debla Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski.

- Animozje męsko-damskie w sporcie są na porządku dziennym. Jednak w tenisie mocno się nasiliły w momencie, gdy w We wszystkich turniejach Wielkiego Szlema zrównano zarobki pań z tenisistami. Nie podoba się przede wszystkim to, że w męskiej drabince gra się do trzech wygranych setów, a u dziewczyn do dwóch - dodał autor książki "Brudna gra", która obnaża trochę zaplecze światowych kortów.

W górnej połowie drabinki kobiecego Roland Garros do ćwierćfinałów dotarły tylko dwie z zawodniczek z czołowej dziesiątki, bowiem pary wyłoniono już w niedzielę.

Tę fazę osiągnęła Maria Szarapowa (nr 7.), uważana od początku za najpoważniejszą kandydatkę do triumfu. Rosjanka, która dobrze spisywała się w ostatnich tygodniach na kortach ziemnych, spotka się z Hiszpanką Garbine Muguruza, sensacyjną pogromczynią Williams.

Natomiast w drugiej parze zagrają ze sobą Hiszpanka Carla Suarez-Navarro (14.) z Kanadyjką Eugenie Bouchard (18.).

W poniedziałek jako pierwsza do ćwierćfinału awansowała Niemka Andrea Petkovic (nr 28), po wygranej z Holenderką Kiki Bertens 1:6, 6:2, 7:5. Na pomeczowej konferencji prasowej ze zwyciężczynią padło pytanie o przyczynę tak wielu niespodzianek i pełnych zwrotów akcji meczów.

- Czy pan uważa, że to się zdarza tylko w kobiecym tenisie? To bardzo seksistowskie podejście - odparła nieco oburzona sugestią Petkovic.

Z Paryża Tomasz Dobiecki

Dowiedz się więcej na temat: roland garros | Andrea Petkovic | Maria Szarapowa | Simona Halep

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje