Reklama

Reklama

Iga Świątek po porażce. „Nikomu nie muszę stawiać czoła”

Nie czuję, żebym musiała komukolwiek stawiać czoła w sieci, muszę to ja stawić czoła przeciwniczce na korcie. Zdaję sobie sprawę, że ten odbiór może być inny niż mogłabym się spodziewać, ale mam nadzieję, że ludzie docenią też, że wygrałam tyle meczów z rzędu i że to fajne osiągnięcie – mówi Iga Świątek po porażce z Alize Cornet w 3. rundzie Wimbledonu, wieńczącej jej serię 37 zwycięstw.

Zapis konferencji prasowej z Igą Świątek po meczu z Alize Cornet - przegranym 4:6, 2:6 - z udziałem dziennikarza Interia.pl.

Iga, dlaczego przegrałaś, jak możesz to ocenić?

- Co mogę powiedzieć? Wiem, że nie grałem dobrego tenisa, nie czułam się dziś zbyt dobrze. Byłam dość zdezorientowana, co do mojej taktyki. Jako solidna zawodniczka Alize wykorzystała to całkiem nieźle. Na pewno nie był to mój dobry występ. Nie udało mi się znaleźć niczego, co pozwoliłoby mi zagrać lepiej.

Co masz na myśli, mówiąc, że byłaś "zdezorientowana co do swojej taktyki"?

Reklama

- W zasadzie w tym sezonie zaczęłam grać coraz bardziej agresywnie. To było dla mnie wygodne, aby mieć inicjatywę i być proaktywnym. Ale tutaj nie mogłam kontrolować piłki. Musiałam więc trochę zwolnić. W pewnym sensie pchałam piłkę, co czasami było w porządku. Grałam tak od 0-3 w pierwszym secie. Ale potem w drugim secie, podjęłam kilka prób ponownego przyspieszenia i to znów nie wyszło. A kiedy grasz agresywnie i nagle zmieniasz sposób, w jaki grasz, nie jest łatwo utrzymać poziom. Tak więc trochę się pogubiłam, ale przynajmniej nie popełniałam takiej samej liczby błędów jak na początku meczu.

Czy zapomniałaś, jak to jest przegrać? W przeszłości byłaś dla siebie surowa, kiedy przegrywałaś. Jakie to uczucie? Co działo się w twojej głowie?

- Szczerze mówiąc, tak - zazwyczaj jestem dla siebie surowa. Powiedzmy, że nie czułem się w najlepszej formie tutaj zarówno kiedy ćwiczyłam, jak i kiedy grałam. Byłam więc w pewnym sensie świadoma, że to może się zdarzyć. Może nie jest to właściwa postawa, ale tak jest. Próbowałam wielu rzeczy, aby poczuć się lepiej na korcie, na trawie, ale to nie wyszło. Dlatego nie jestem nawet dla siebie surowa, ponieważ, jeśli nie mogę znaleźć tego czucia nawet na treningach, nie znajdę go też na meczu.

Dobiegła końca piękna seria 37 zwycięstw, która kiedyś i tak musiała się skończyć. Zawsze podkreślałaś, że ona dla Ciebie nie jest najważniejsza, więc czy bardzo jesteś rozczarowana tym faktem?

- Ta seria i tak przerosła wszystkie moje oczekiwania i nadzieje. Już kilka razy w jej trakcie czułam, że koniec może nadejść. Akceptowałam to, co pozwoliło mi podejść do tego z większym dystansem i skoncentrować się na tym, na co mam wpływ. Myślę, że gdybym grała nie na trawie, a na innej nawierzchni ta seria mogłaby być jeszcze dłuższa. Ale taki jest tenis, kilka razy w trakcie sezonu zmieniamy nawierzchnię i najlepsi potrafią wygrywać na każdej. Ja jeszcze tego nie potrafię, zobaczymy, jak będzie w przyszłym roku. Mimo wszystko mam nadzieję, że z tej passy będę dumna, ale trzeba zapytać mnie o to za miesiąc, gdy będę miała więcej czasu na refleksję.

Jaki był twój poziom komfortu podczas tego turnieju, po tym jak zrezygnowałaś z gry na trawie w Berlinie? Czy zawsze wiedziałaś, że na trawie może nastąpić koniec passy?

- Szczerze mówiąc, podobnie czułam po przejściu na mączkę w Stuttgarcie i nie wiedziałam, jak będzie. Po prostu pracowałam mecz po meczu. Zdałam sobie sprawę, że to tylko strata czasu na myślenie o tym. Więc tak naprawdę nie przywiązywałam się do tych myśli. A jeśli chodzi o Berlin - to mój tak naprawdę dopiero trzeci dorosły sezon na kortach trawiastych, więc nawet nie wiem, czy jeden turniej byłby tu w czymś pomocny. Ale wiedziałam, że potrzebuję przerwy po wygraniu Wielkiego Szlema w Paryżu, to było dość oczywiste. Jestem szczęśliwa, że jestem zdrowa i myślę, że to właśnie z tego powodu, że odpoczęłam.

Wiele osób spodziewało się, że wrócisz do meczu w drugim secie. Nie mogę zrozumieć, co wydarzyło się w tych dwóch ostatnich gemach. Niektóre piłki wygrałabyś 99 razy na 100.

- Hmm... Cóż, zazwyczaj, kiedy wracam do meczu, mam jakiś plan i wiem, co zmienić. Tutaj nie wiedziałem, co zmienić. Byłam zdezorientowana. Na trawiastym korcie wszystko dzieje się tak szybko. Nie mogę po prostu użyć  mojego top spinu, po prostu uruchomić jakiś punkt z planu i mieć nadzieję, że bycie solidnym, czasami popychając piłkę, da odpowiedni efekt. Tutaj nie miałam pojęcia, po prostu nie wiedziałam, co robić, nie miałam narzędzi. Miałam nadzieję, że to zadziała, ale popełniłam wiele błędów. Nie chciałam nawet się złościć, ponieważ byłam trochę sfrustrowana już podczas tygodnia treningowego i meczu drugiej rundy (z Holenderką Lesley Pattinamą Kerkhove, wygranym w trzech setach - przyp. red.). To wszystko.

Czy myślałaś, że w pewnym momencie tego meczu wrócisz, czując, że możesz zagrać swoją lepszą grę, swoją najlepszą grę? Czy czujesz, że coś może zadziałać bardziej na tej nawierzchni?

- Mam nadzieję, że tak. Tak wiele rzeczy zadziałało w tym sezonie, że myślę, że wszystko jest możliwe. Ale na pewno nie miałam na trawie tyle wiary, ile na innych nawierzchniach. Może to też jest powód. Może to jest coś, co powinnam zmienić w przyszłym roku... Ale wchodząc w sezon trawiasty wierzyłam, że ten rok będzie inny, ponieważ wykonałam tak dużo pracy, że myślałam, że ona również będzie miało jakiś wpływ tutaj. Czułam się lepiej fizycznie, ale tenisowo jeszcze nie. Trochę się rozczarowałam, więc nie wiem, czy w ogóle powinnam mieć nadzieje. Może po prostu na przyszłość łatwiej będzie się wyciszyć i zobaczyć, co przyniesie mi trawa.

Sandra Zaniewska ocenia mecz z Cornet. "Wszyscy czekali na porażkę Świątek"

Czy ten turniej to jest doświadczenie do zapomnienia?

- Nie muszę o nim zapominać, doświadczenie jak każde inne - warto wyciągnąć z niego wnioski. Jeszcze nie wiem, jakie one będą. Wiem, że wyjdę do pracy tak samo zmotywowana przed kolejnym turniejem. Będę się starała poprawiać na trawie z roku na rok, może za rok dojdę do ćwierćfinału, a za jakiś czas może do finału i poczekam na swoją szansę.

Czy mając tak mało czasu między Rolandem Garrosem, który wygrałaś dwa razy w ostatnich trzech edycjach, a Wimbledonem myślisz, że kiedykolwiek będziesz w stanie tak dobrze się przygotować na trawie, żeby może wygrać w Londynie?

- Mam nadzieję, że będę miała czasu i będę dochodzić w Paryżu daleko... A poważnie, to nie mam aż takiego doświadczenia w planowaniu, czy taki okres wystarcza, bo każdy tenisista inaczej to przechodzi. Na pewno będę próbowała co roku i zobaczymy, co się wydarzy.

Alize Cornet podkreśla to i powiedziała to również po meczu, jak Cię podziwia i ceni, jak jesteś utalentowaną tenisistką i pozytywną osobą. Czy to dla Ciebie ważne?

- Tak, powiedziała mi to także po meczu przy siatce. To miłe usłyszeć coś takiego z ust tak doświadczonej tenisistki. To ma dla mnie ogromne znaczenie.

Jesteś mistrzynią polskiego sportu, osobą rozpoznawalną i korzystającą z mediów społecznościowych. Czy po tej porażce jesteś gotowa stawić czoła osobom w sieci, które będą cię krytykować, a nawet hejtować?

- Nie czuję, żebym musiała komukolwiek stawiać czoła w sieci, muszę to ja stawić czoła przeciwniczce na korcie. W mediach społecznościowych nie piszę o wszystkim, co dzieje się wewnątrz, nie mówię też o tym. Zdaję sobie sprawę, że ten odbiór może być inny niż mogłabym się spodziewać, ale mam nadzieję, że ludzie docenią też, że wygrałam tyle meczów z rzędu i że to fajne osiągnięcie. A porażki w tenisie zdarzają się ciągle i dość często, mam nadzieję, że większość zdaje sobie z tego sprawę.

Z Londynu Tomasz Mucha, Interia

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL