Reklama

Reklama

Hubert Hurkacz: Wierzę, że jeszcze uda mi się pokonać Federera

- Te rezultaty wynikają z całokształtu kariery, z wielu zmian, które wprowadzałem do treningu, korekt, których dokonywałem systematycznie. One złożyły się na ten pozytywny efekt - mówi Interii, o swoich występach w USA i najbliższych planach, nasz tenisista Hubert Hurkacz.

22-letni tenisista z Wrocławia zajmuje obecnie 54. miejsce w rankingu ATP, ale w przyszłym tygodniu awansuje o dwie pozycje. Skok w klasyfikacji najlepszych tenisistów świata zawdzięcza dwóm rozegranych w Stanach Zjednoczonych turniejach rangi ATP 1000.

Reklama

W pierwszym z nich - w Indian Wells - awansował do ćwierćfinału. Na kalifornijskiej pustyni Polak najpierw pokonał Donalda Younga (206., ATP), potem wygrał z renomowanymi przeciwnikami - Lucasem Pouille (30., ATP), Kei Nishikorim (7., ATP), Denisem Shapovalovem (25., ATP), by ulec legendarnemu Rogerowi Federerowi (4. ATP).

W Miami Hurkacz wygrał z Matteo Berrettinim (52., ATP) i zwycięzcą Indian Wells Dominikiem Thiemem (4., ATP). Odpadł po zaciętym pojedynku z młodym Kanadyjczykiem Feliksem Augier-Aliassime (57. ATP).

Olgierd Kwiatkowski, Interia: Czy po dwóch amerykańskich turniejach - w Indian Wells i Miami - i sześciu zwycięstwach tam odniesionych, czuje się pan oszołomiony, czy może nienasycony?

Hubert Hurkacz, 54. zawodnik rankingu ATP:-  Absolutnie, jestem nienasycony. Moje ambicje są większe, chcę więcej wygrywać. Ale z drugiej strony te dwa turnieje rangi 1000 muszę ocenić bardzo pozytywnie. To ważny krok w mojej karierze. Doceniam te starty, przed wyjazdem do Indian Wells taki wynik wziąłbym w ciemno.

 Wydaje się, że najcenniejszym było dla pana zwycięstwo z Dominikiem Thiemem, numer 4 w rankingu ATP, ale, która wygrana miała najbardziej istotne znaczenie w pańskiej hierarchii?

 - Chyba jednak z Denisem Shapovalovem, bo Kanadyjczyka pokonałem w IV rundzie turnieju Indian Wells i awansowałem do ćwierćfinału. Ale te kilka zwycięstw w USA dało mi dużo pewności siebie i pokazało, że mogę pokonywać zawodników z czołówki rankingu. To niezwykle cenne doświadczenie.

Co się takiego wydarzyło, że tak dobrze wypadł pan w Stanach Zjednoczonych? Jaki czynnik o tym zdecydował?

- To jest cały proces, nie da się ograniczyć tego do jednego czy dwóch czynników. Te rezultaty wynikają z całokształtu kariery, z wielu zmian, które wprowadzałem do treningu, korekt, których dokonywałem systematycznie. One złożyły się na ten pozytywny efekt.

Czy podjęcie współpracy z trenerem Craigiem Boyntonem, który pracował kiedyś z Jimem Courierem, Johnem Isnerem, nie jest jednak ważną zmianą o dużo większej wartości?

- To, że udało się rozpocząć pracę z tej klasy trenerem, jest dla mnie ogromnym bodźcem do pracy, niesamowitym wyróżnieniem, sądzę, że pozwoli mi się jeszcze bardzo rozwinąć.

Na jak długo przewidziana jest współpraca z tym szkoleniowcem i dzięki komu została nawiązana?

- Pomógł w tym mój menedżer. Liczę na to, że będzie to trwało latami. Tak naprawdę jednak nie mieliśmy jeszcze okazji ze sobą porządnie trenować. A mam jeszcze dużo rzeczy do poprawy. Myślę, że jak się ułoży ta współpraca, to jeszcze bardziej się polepszę.

W pana boksie nadal siedzi polski trener od przygotowania fizycznego Przemysław Piotrowicz? Tu się nic nie zmienia.

- Bardzo sobie cenię tego szkoleniowca. Jest przy mnie od wielu lat. Nikt, tak jak on, nie zna mojego organizmu. Przemek wie najlepiej, w jaki sposób przygotować mnie do turniejów. To widać również po wynikach, jakie osiągam.

Rogera Federera poznał pan w ubiegłym roku w Szanghaju, gdzie trenowaliście. Teraz zagrał pan z nim w Indian Wells. Jak wspomina pan mecz z Federerem?

- Mecz to zupełnie co innego. Przystępuje się do gry i chce się wygrać bez względu na to, kto jest przeciwnikiem. Wcześniejsze treningi i sparingi nie mają w tym przypadku żadnego znaczenia. Bardzo ważne jest jednak, że taki mecz mogłem rozegrać. To spotkanie dało mi cenną naukę na przyszłość. Czuję jednak wielki żal, że przegrałem. Wierzę w to, że za jakiś czas uda mi się pokonać Rogera Federera.

A nie czuje pan większego żalu z powodu porażki w Miami z Feliksem Auger-Aliassime?

- Było blisko zwycięstwa, szczególnie w pierwszym secie. On zagrał bardzo dobrze, ja w pewnym momencie byłem zbyt pasywny. W tie-breaku przegrałem w zasadzie o jedną piłkę. Szkoda. Mecz był naprawdę bardzo wyrównany. Ale przegrałem z zawodnikiem, który już jest w ćwierćfinale i może dojść daleko w tym turnieju. Nie mogę za bardzo rozpamiętywać tej porażki, bo w tenisie przegrane zdarzają się nam bardzo często.

Teraz wraca pan do Europy i zaczyna sezon na mączce. Z jakimi nadziejami patrzy pan na ten okres tenisowego touru?

- Rok temu to właśnie na ceglanej nawierzchni zacząłem uzyskiwać dobre wyniki. Nie mogę się doczekać gry na mączce. Jadę do Monte Carlo. Tam będę przygotowywał się do gry na cegle.

W Monte Carlo mieszka dużo dobrych potencjalnych sparingpartnerów. Z kim pan już się umówił na treningi?

- Właśnie dlatego wybrałem to miejsce i ze względu na turniej, który się tu odbędzie. Będę trenować z Aleksandrem Zverevem.

Rozmawiał Olgierd Kwiatkowski

Dowiedz się więcej na temat: Hubert Hurkacz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje