Reklama

Reklama

Grzegorz Panfil robi furorę w Pucharze Hopmana

Agnieszka Radwańska i Grzegorz Panfil wspaniale spisują się w Pucharze Hopmana, czyli nieoficjalnych mistrzostwach świata drużyn mieszanych w tenisie. Polacy wygrali dwa mecze grupowe i są o krok od występu w finale tej imprezy.

Patrząc na rozstawienie zespołów, wszystko idzie zgodnie z planem. "Biało-czerwoni", mimo że debiutują w Pucharze Hopmana, dostali "jedynkę" ze względu na fakt, że nasze barwy mieli reprezentować Radwańska (piąta rakieta świata) i Jerzy Janowicz (21. w rankingu ATP). Przed startem imprezy wycofał się z niej jednak Jerzyk, a jego miejsce zajął Grzegorz Panfil.

Reklama

W internecie natychmiast pojawiły się komentarze: "Polacy nie mają szans", "powinni się wycofać", "Panfil - a kto to w ogóle jest"? Janowicz to przecież półfinalista tegorocznego wielkoszlemowego Wimbledonu, finalista turnieju ATP w Paryżu w 2012 roku, zawodnik, który pokazał, że jest w stanie powalczyć z najlepszymi tenisistami świata. Natomiast Panfil, choć to czwarta rakieta Polski, jest zdecydowanie mniej znany. Grzegorz to juniorski mistrz Australian Open z 2006 roku (w tym samym roku Agnieszka Radwańska wygrała juniorski Roland Garros), ale rzadko gra w imprezach ATP, jego miejsce to przede wszystkim challengery, co odzwierciedla ranking, w którym jest sklasyfikowany dopiero na 288. miejscu i wcześniej nigdy nie miał okazji spotykać się z rywalami z czołowej "setki".

Do udziału w Pucharze Hopmana Panfil został namówiony przez Radosława Szymanika, kapitana reprezentacji Polski w Pucharze Davisa. Rozmawiał też z Janowiczem. "Życzył mi powodzenia" - stwierdził Panfil.

Tymczasem w Perth leworęczny zabrzanin radzi sobie znakomicie. W sobotę pokonał Andreasa Seppiego (25. w rankingu ATP), który skreczował w drugim secie przy stanie 6:4, 2:2 z powodu gorączki i choroby. Ktoś mógł więc powiedzieć, że to był przypadek, ale w niedzielę Panfil wygrał z 11. rakietą męskiego tenisa reprezentantem Kanady Milosem Raoniciem. "Za mną najlepszy weekend w życiu" - cieszył się Panfil. W "Przeglądzie Sportowym" grę Grzegorza z Raoniciem oceniono jako "kumulację Nadala, Djokovicia i Federera".

Ponieważ swoje zadanie wykonuje też Radwańska, Polacy pokonali zarówno Włochy (3-0), jak i Kanadę (2-1, porażka naszego miksta, gdy wynik spotkania był już przesądzony) i prowadzą w grupie A. Dobre wyniki są, tak więc w polskim obozie zapowiada się szampański sylwester i 25. urodziny Panfila, które będzie obchodził 1 stycznia.

Agnieszka i Grzegorz znają się od wielu lat. "Mieliśmy po 11-12 lat" - przywołuje Panfil na swojej stronie internetowej anegdotę z turnieju dla dzieci w Opalenicy. "Nasi rodzice marzyli sobie, jakbyśmy to zagrali kiedyś z Agnieszką miksta w dorosłym tenisie. Marzenia spełniają się po kilkunastu latach. Nie wiem, czy Agnieszka to pamięta, ale ja tak" - dodał.

Do zakończenia zmagań grupowych "Biało-czerwonym" pozostał tylko pojedynek z gospodarzami - Australią (2 stycznia). Zwycięzca grupy A 4 stycznia zmierzy się w finale z najlepszą ekipą grupy B, gdzie występują: Czechy (Petra Kvitova i Radek Sztepanek), Stany Zjednoczone (Sloane Stephens i John Isner), Francja (Alize Cornet i Jo-Wilfried Tsonga) oraz Hiszpania (Anabel Medina Garrigues i Daniel Munoz de la Nava).

Po Pucharze Hopmana Panfil nie ucieka z antypodów. Będzie czekał na rozwój sytuacji na liście zgłoszeń do rozpoczynających się 8 stycznia eliminacji Australian Open w Melbourne. "Jest dwudziestu oczekujących. Mam szansę dostać się do tych kwalifikacji" - powiedział, cytowany przez swoją stronę internetową. Jeśli się nie uda czekają go challengery na Hawajach, w Panamie i Turcji.

Paweł Pieprzyca

Dowiedz się więcej na temat: grzegorz panfil | Puchar Hopmana | Agnieszka Radwańska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje