Reklama

Reklama

​Grzegorz Panfil: Nikt nie tańczy jak Agnieszka Radwańska

Grzegorz Panfil to największa sportowa niespodzianka początku 2014 roku. Znany tylko garstce zapaleńców 26-latek z Zabrza trafił na salony dzięki występowi w Pucharze Hopmana. I świetnie odnalazł się na tenisowych salonach. Znakomicie czuje się nie tylko na korcie, ale też poza nim. - Podczas zabawy sylwestrowej obtańczyłem wszystkie zawodniczki. Zdecydowanym numerem jeden na parkiecie jest Agnieszka Radwańska - mówi w rozmowie z INTERIA.PL.

Panfil w ostatniej chwili zastąpił narzekającego na kontuzjowaną stopę Jerzego Janowicza. To właśnie przez zapowiadaną obecność "Jerzyka", Polacy zostali rozstawieni z numerem 1. Dwudziestą pierwszą rakietę świata zastąpił sklasyfikowany na 288. miejscu zabrzanin. Panfil do meczów z wyżej notowanymi zawodnikami podszedł bez kompleksów. Najpierw pokonał 25. na świecie Andreasa Seppiego. Później było jeszcze lepiej, bo rozprawił się ze sklasyfikowanym na 11. miejscu w rankingu ATP  Milosem Raoniciem. W trzecim pucharowym meczu przegrał wprawdzie z Bernardem Tomicem, ale ta porażka na szczęście nie miała znaczenia.

Reklama

W sobotę razem z Agnieszką Radwańską w finale nieoficjalnych mistrzostw świata w mikście stawi czoła Francuzom (początek o 10.30 czasu polskiego). Tym razem czeka na niego rywal ze ścisłego światowego topu - Jo-Wilfried Tsonga. Z Panfilem rozmawialiśmy kilkanaście godzin przed wyjściem na kort. - Nie pękam i zrobię wszystko, aby wygrać z Francuzem- zapewnił nas.

INTERIA.PL: Halo, pobudka - to chyba najlepiej pasujące określenie do tego, co teraz dzieje się wokół Ciebie. Nie wydaje Ci się, że to wszystko jest snem? Niedawno grałeś w mało znaczących turniejach, a teraz w towarzystwie Agnieszki Radwańskiej, walczysz jak równy z równym z najlepszymi.

Grzegorz Panfil (finalista Pucharu Hopmana):  - Faktycznie, to wszystko jest trochę jak sen. Nie mogłem sobie wyobrazić lepszego początku sezonu. Gdyby kilka tygodni temu ktoś powiedział mi, że tak rozpocznę 2014 rok, to uznałbym to chyba za żart. Nadarzyła się okazja, aby wystąpić w Pucharze Hopmana, więc zmieniłem plany startowe, przebukowałem bilety, załatwiłem australijską wizę i jestem w Perth.

Jak odnalazłeś się w tenisowym high-life?

- Bardzo dobrze. Choć większość tych zawodników parę tygodni temu oglądałem tylko w telewizji, to nie miałem tremy. Wiem, że zabrzmi to dziwnie, ale bardzo lubię chodzić w garniturze, więc na "players party" czułem się jak ryba w wodzie. Kiedy nie mam na sobie sportowego stroju, to wybieram "garniak" albo chociaż marynarkę i dobrze dobrane spodnie. A że hotel trochę lepszy? Całe życie spędzam w rozjazdach, więc ten w Perth tak naprawdę nie różni się niczym od pozostałych. Jest łóżko, szafa, stolik, telewizor. Tak jak wszędzie.

Ponoć czołowi tenisiści świata to niezłe bufony.

- Nie zgadzam się z tym. Chwilę przed naszą rozmową uciąłem sobie pogawędkę z Jo-Wilfriedem Tsongą. Gramy w sobotę przeciwko sobie, Francuz życzył mi powodzenia i pochwalił dotychczasowe wyniki. Nie była to kurtuazyjna gadka, tylko normalnie porozmawialiśmy.

Sylwestra zamiast ze znajomymi też spędziłeś z tenisową śmietanką.

- Odnalazłem się w towarzystwie bez problemu, bo uwielbiam tańczyć. Na każdej imprezie nie schodzę z parkietu i tak też było tym razem. Zabawę sylwestrową mieliśmy w hotelowej  restauracji, było super. Obtańcowałem chyba wszystkie zawodniczki i muszę zdradzić, że zdecydowanym numerem jeden na parkiecie jest Agnieszka Radwańska. Impreza jednak szybko się skończyła, bo przecież jesteśmy tutaj, aby grać w tenisa. O dwunastej wypiłem pół lampki szampana i pół godziny później już byłem w łóżku.

Porozmawiajmy o tenisie. Denerwujesz się przed sobotnim finałem?

- Nie pękam. Rano miałem trening, popracowałem trochę nad serwisem, bo nie wyglądał on najlepiej w poprzednim meczu. Zaraz położę się do łóżka i spróbuję zasnąć. Gorzej mi szło z zasypianiem po grze z Australijczykami. Raz, że spotkanie dostarczyło ogromnych emocji, a dwa, skończyliśmy grać bardzo późno. Potem jeszcze mieliśmy konferencję prasową i gdy położyłem się wreszcie spać, nie mogłem zmrużyć oka. Obeszło się jednak bez liczenia owiec. Zasłoniłem rolety, wyłączyłem migające światełko w telewizorze i zasnąłem.

Zagrasz z Jo-Wilfriedem Tsongą, choć pokonałeś już Andreasa Seppiego i Milosa Raonicia, Francuz to jednak najwyższa półka.

- I bardzo dobrze! Czeka mnie kolejne fajne doświadczenie i wielka przygoda. Będę się starał zagrać jak najlepszy tenis i oczywiście wygrać. Nie patrzę na to, że on jest w pierwszej dziesiątce  rankingu, a ja pod koniec trzeciej setki. To nie ma znaczenia. Wychodzę na kort i myślę tylko o zwycięstwie. Francuz gra agresywny tenis, który bardzo mi odpowiada. Ma zupełnie inny styl niż Bernard Tomic, na którego nie mogłem znaleźć sposobu.

A jak Ci się podobają występy w mikście?

- To dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, bo przed startem w Pucharze Hopmana nigdy nie występowałem w deblu z dziewczyną. To wspaniała zabawa, choć nie gra się na sto procent wiedząc, że przed siatką masz kobietę.

No i pewnie trzeba się hamować z przekleństwami.

- Czy ja wiem, jakoś nie pamiętam, żebym musiał gryźć się w język podczas dwóch poprzednich meczów mikstowych z Agnieszką. W spotkaniu z Australijczykami nawet musieliśmy razem ostro się zmobilizować, bo w pierwszym secie staliśmy na korcie jak dwa kołki. Pomogło.

Puchar Hopmana to jednak trochę zabawa, wyniki osiągnięte tutaj nie są liczone do rankingu ATP czy WTA. Tobie jednak występ w Perth może pomóc.

- Wiadomo, że marzeniem każdego tenisisty jest gra w Wielkim Szlemie. Niedługo jest Australian Open i dochodzą do mnie słuchy, że być może dostanę dziką kartą i będę mógł wystąpić w kwalifikacjach. Coś więcej będzie wiadomo w środę. Gdy się nie uda to nie załamię rąk, tylko gram dalej.

Krzysztof Oliwa

Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Radwańska | grzegorz panfil | Puchar Hopmana

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje