Gauff miała zacząć pogoń za Świątek. Zepchnięta do defensywy. Koniec po 88 minutach
Obecność Evy Lys w ćwierćfinale, obok Sonay Kartal, była największą niespodzianką WTA 1000 w Pekinie. Niemka doprowadziła do tego po trzech kolejnych trzysetowych potyczkach, ograła m.in. Jelenę Rybakinę. Aby jednak znaleźć się pierwszy raz w karierze w półfinale, musiała dziś na korcie Diamond ograć broniącą trofeum Coco Gauff. Zdołała przełamać Amerykankę dwa razy z rzędu w pierwszej partii, ale sama miała jeszcze większe problemy z serwisem. Mecz rozstrzygnął się po 88 minutach.

Dla większości polskich kibiców turniej WTA 1000 China Open zakończył się zapewne wraz z niespodziewaną przegraną Igi Świątek z Emmą Navarro. W środę wyłoniono bowiem cztery ostatnie ćwierćfinalistki, w tym gronie zabrakło naszej wiceliderki rankingu WTA.
W najlepszej ósemce znalazły się wielkie gwiazdy, jak: Coco Gauff, Jessica Pegula, Amanda Anisimova czy Jasmine Paolini, ale też wielkie niespodzianki. I jedną z nich jest Eva Lys - tenisistka, która na początku roku musiała przebijać się przez kwalifikacje w Australian Open, i nawet je przegrała. A później, jako "szczęśliwa przegrana", wskoczyła do drabinki, dotarła do czwartej rundy.
Wtedy zapewniła sobie pierwszy w karierze awans do TOP 100 rankingu WTA, teraz w Pekinie świętowała coś innego. Wraz z pokonaniem w czwartej rundzie McCartney Kessler, wywalczyła sobie miejsca w najlepszej "50" rankingu, też pierwszy raz w historii. Do starcia z Coco Gauff mogła podejść już bez żadnej presji.
Ona swoje już w stolicy Chin wygrała, trzy z czterech spotkań kończyła po trzysetowych bataliach. Podobne trzysetowe starcia w dwóch ostatnich rundach toczyła też Coco Gauff, ale ostatecznie wskoczyła do 1/4 finału. I brakowało jej jeszcze trzech wygranych, by powtórzyć sukces z poprzedniego sezonu. A jednocześnie zacząć odrabiać straty do Igi Świątek, na rzecz której przed US Open straciła drugie miejsce w rankingu.
WTA 1000 w Pekinie. Coco Gauff kontra Eva Lys, stawką meczu półfinał. Kibice w ekstazie, znakomity pojedynek
Mimo kilku świetnych spotkań Niemki w tym turnieju, wydawało się jednak, że dla Coco Gauff jest ona idealną przeciwniczką. Nie gra jakoś specjalnie mocno, ma kiepski serwis, a to idealnie pasuje Amerykance.
Tymczasem od samego początku urodzona w Kijowie reprezentantka Niemiec podejmowała maksymalne ryzyko. Niemal w każdej akcji starała się przejmować inicjatywę, Coco też agresywnie odpowiadała. A kibice wzdychali, dużo tu było pięknych akcji.

Obie dość pewnie wygrały swoje trzy pierwsze gemy serwisowe, a później zaczęły się problemy. Gauff nie stawiała tym razem na siłę, stosowała dużo rotacji, ale Lys dość dobrze radziła sobie z returnem. Doszło do pięciu wzajemnych przełamań, ale jednak ten minimalny zapas miała Amerykanka. I to ona po 36 minutach wygrała seta 6:3.
Jeśli ten pierwszy set był emocjonujący, a kibice często wzdychali, zwłaszcza oglądając powtórki śladów piłki na monitorach, gdy te "kąsały" linie lub minimalnie je mijały, to drugi dostarczył co najmniej podobnych emocji. Lys grała bardzo ryzykownie, starała się maksymalnie przyspieszać akcje, często zaskakiwała faworytkę. Sama się również myliła, to naturalne, niemniej Coco nie była w stanie uzyskać dużej przewagi.
Wreszcie też reprezentantka Niemiec zaczęła wygrywać piłki przy swoim serwisie, to było absolutnie kluczowe. Gauff odpowiadała tym samym, po czterech gemach był remis 2:2.
I wtedy doszło do pierwszego przełamania, "pękła" Eva Lys. Gauff odskoczyła, miała jeszcze tylko potwierdzić swoją wyższość, a serwis już jej "siedział". W dwóch poprzednich gemach straciła tylko dwa punkty, teraz i ją dopadł jednak kryzys. I o ile pewnie Gavin McMillan zacierał ręce patrząc na jej serwisy, bo do tego momentu popełniła tylko jeden podwójny błąd, to w kolejnym gemie zdarzyły się aż dwa. I to też one pośrednio sprawiły, że Niemka wyrównała na 3:3.

Lys musiała ryzykować, to było jasne. Coco momentami z niedowierzaniem patrzyła, jak po kątowych zagraniach rywalki piłka zahacza o linię. Tyle że nie da się grać z takim ryzykiem w nieskończoność. I Lys tego doświadczyła, drugi raz została przełamana. A statystycy naliczali jej kolejne niewymuszone błędy, w drugim secie aż 31.
Tego Amerykanka już nie zamierzała zmarnować - dopięła swego, wywalczyła awans do półfinału (6:3, 6:4). Swój pierwszy od zwycięskiego French Open w pierwszej połowie czerwca.
O finał zagra w sobotę z lepszą z pary: Amanda Anisimova/Jasmine Paolini.














