Reklama

Reklama

​French Open - Cilić: triumf w US Open nie oznacza, że już swoje zrobiłem

Marin Cilić, który pierwszy raz od pięciu lat dotarł do 1/8 finału French Open, podkreślił, że triumf w US Open 2014 nie zmniejszył jego ambicji. "Wygranie Wielkiego Szlema nie oznacza, że już swoje zrobiłem" - zapewnił chorwacki tenisista.

Po raz pierwszy od pięciu lat dotarł pan do 1/8 finału wielkoszlemowego French Open. Towarzyszyła panu presja związana z tym, żeby wreszcie wygrać w Paryżu trzy kolejne mecze czy raczej dzięki temu, że nie było ryzyka utraty punktów rankingowych, podchodził pan do tego na zasadzie "mogę, a nie muszę"?

Marin Cilić: Szczerze mówiąc, w ogóle o tym nie myślałem. Moim pierwszym celem na ten turniej było, by spróbować wygrać dwa spotkania z rzędu. Chciałem się skoncentrować na mojej grze, by prezentować się dobrze na korcie, niezależnie od tego, z kim przyjdzie mi walczyć. Jak na razie tegoroczny sezon na kortach ziemnych nie był dla mnie najlepszy. Potrzebowałem zwycięstw, by nabrać pewności siebie. Z dotychczasowych meczów w Paryżu jestem zadowolony. Dostrzegam poprawę w każdym swoim występie tutaj. Co ważne, byłem bardzo skupiony na każdym punkcie, niezależnie od wyniku. Tego właśnie od siebie oczekiwałem.

Reklama

W pojedynku o awans do najlepszej ósemki zmierzy się pan z Davidem Ferrerem. To niełatwy rywal, zwłaszcza na nawierzchni ziemnej, na której Hiszpanie czują się bardzo dobrze.

- To jeden z najlepszych zawodników, jeśli chodzi o grę na "mączce", a już zwłaszcza podczas French Open. W ostatnich latach miał świetne wyniki w tym turnieju. Pojedynki z Davidem są bardzo ciężkie pod względem fizycznym, bez dwóch zdań. Jest bardzo niebezpieczny.

Przed ubiegłorocznym meczem Pucharu Davisa w Warszawie mówił pan, że pańskim marzeniem jest - ze względu na trenera Gorana Ivanisevica - triumf w Wimbledonie. Trzy miesiące później odpadł pan w Londynie w ćwierćfinale, ale we wrześniu wygrał pan US Open jako pierwszy Chorwat w historii.

- No tak, to też w sumie nieźle. A na poważnie, to było coś niesamowitego, absolutnie. Oczywiście to nie oznacza, że skoro wygrałem wielkoszlemową imprezę, to już swoje zrobiłem. Chcę też być numerem jeden w rankingu, a to duże wyzwanie. Mam także niesportowe marzenia związane z rodziną.

Pańskie życie bardzo się zmieniło po sukcesie w Nowym Jorku?

- Niespecjalnie. Na pewno mam więcej do czynienia z mediami niż wcześniej. Jestem też bardziej rozpoznawalny na ulicy.

Lubi pan to, czy to przeszkadza?

- Lubię, ponieważ to przyszło po sukcesie na korcie. To nagroda za ciężką pracę, także dowód na to, że to, co robię, zadziałało. Miło to widzieć, ale poza tym funkcjonuję tak jak wcześniej.

Początek obecnego sezonu stracił pan przez kontuzję barku. Trudno było znieść kilkumiesięczny rozbrat z rywalizacją na korcie?

- Nie. Wiedziałem, że muszę po prostu czekać. Od początku też miałem informację od lekarzy, kiedy będę mógł wrócić do gry. Dobrze przepracowałem ten okres. Od sześciu, siedmiu tygodni wszystko jest w porządku z moim zdrowiem. Mam nadzieję, że ten uraz jest już za mną. Jestem teraz bardzo skoncentrowany na grze.

To był najtrudniejszy moment w pana dotychczasowej karierze?

- Nie oceniam tego tak. Sportowcy muszą być gotowi na to, że nie będą zawsze wolni od kontuzji. Czekanie jest ciężkie, bo chęć szybkiego wznowienia startów jest bardzo duża, ale starałem się w międzyczasie jak najlepiej przygotować do powrotu.

Rozmawiała w Paryżu Agnieszka Niedziałek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje