Reklama

Reklama

Ekspert o szansach Świątek. „Gdyby Serena wygrała Wimbledon, to znaczyłoby, że reszta niepotrzebnie trenuje"

- Powstrzymałbym się przed postawieniem całego dobytku na to, że Iga Świątek tegoroczny Wimbledon wygra - mówi w rozmowie z Interią tenisowy ekspert Artur Rolak. Opowiada też o tym, czym dla Brytyjczyków jest ten wyjątkowy turniej.

Justyna Krupa, Interia: W tym roku wyjątkowo wysokie są oczekiwania, jeśli chodzi o występ Polaków na Wimbledonie. Mówił o tym w rozmowie z Interią m.in. Marcin Matkowski. "Od dawna, a może nawet nigdy nie mieliśmy tak rozbudzonych nadziei, szczególnie za sprawą Igi i Huberta" - zaznaczał.

Artur Rolak, ekspert tenisowy i redaktor magazynu "Tenisklub", autor książki "Skazany na Wimbledon": - Na pewno mamy w tym roku wyjątkową jakość. Natomiast "ilościowo", to pamiętam nawet taki Wimbledon, gdy mieliśmy siódemkę graczy z Polski w rywalizacji singlowej kobiet i mężczyzn. Ale rzeczywiście, pod względem jakości, to chyba jeszcze tak dobrze nie staliśmy. Przy czym, w podgrzewaniu tej atmosfery przed turniejem sami mamy udział, jako media. Nie wiem nawet, czy nie zbyt aktywny. Czy nie należałoby przyłożyć sobie zimnego kompresu do czoła? To jest sport, tu nie rankingi wygrywają.

Reklama

"Niech rywalki siedzą i kombinują, jak się Idze Światek do skóry dobrać"

Pytanie, na ile Iga Świątek z kortów ziemnych czy twardych to będzie ta sama tenisistka, co Iga na Wimbledonie. Świat już poznał jej niesamowite możliwości na mączce, zrobiła ogromny postęp na kortach twardych, ale trawa to - przynajmniej z naszej perspektywy - wciąż zagadka. Tym bardziej, że nie grała turniejów na trawie przed tegorocznym Wimbledonem. Matkowski porównał to do taktyki Novaka Djokovicia, ale Serb akurat swoje w życiu na trawiastej nawierzchni już wygrał.

- Dlatego wcale bym się nie zdziwił  - choć to oczywiście niepotwierdzona teoria - gdyby się okazało, że sztab Igi Świątek zupełnie świadomie odpuścił występy na trawie w tym roku, by nie pokazywać ewentualnych mankamentów w grze Świątek na tej nawierzchni. Na pewno jakieś luki można dostrzec i pewnie wraz z Tomaszem Wiktorowskim pracowali nad "zaklajstrowaniem" tych luk. Po co by mieli pokazywać to rywalkom, ułatwiać im pracę? Niech siedzą i kombinują, jak się Idze do skóry dobrać.

Możemy porównywać to, co wiemy o specyfice gry na trawie, z tym, co wiemy o stylu gry Igi Świątek. Garbine Muguruza ostatnio podkreślała np. jak ważna w grze na trawie jest umiejętność gry nisko na nogach, bo piłka się inaczej odbija. Tych niuansów jest jednak więcej.

 - To jest jasne, że piłka odbija się na trawie inaczej. Natomiast nie każdy zdaje sobie sprawę, że piłka pod innym kątem "odchodzi" od trawy, niż się z nią spotyka. Dostaje pewnego rodzaju poślizgu. Mimo, że Agnieszka Radwańska bardzo na trawie lubiła grać, to jednak narzekała zawsze, że to nawierzchnia wyjątkowo wymagająca pod względem fizycznym. Oczywiście o przygotowanie fizyczne Igi bym się nie martwił, natomiast na trawie inne grupy mięśni muszą mocniej popracować. Myślę jednak, że generalnie nie ma się czego bać. Choć pamiętajmy, że przedostatni występ Igi na Wimbledonie zachwycający nie był, wielką miłością wówczas do trawy nie zapałała. W zeszłym roku było całkiem przyzwoicie, ale sądzę, że powtórzenie rezultatu z zeszłego roku - IV rundy - nikogo by nie usatysfakcjonowało.

Może się okazać, że oczekiwania fanów będą nazbyt rozbudzone w stosunku do realiów.

- Nie wyobrażam sobie, by Iga nie zagrała w drugim tygodniu turnieju. To byłaby bardzo przykra niespodzianka. Natomiast powstrzymałbym się przed postawieniem całego swojego dobytku na to, że Polka ten turniej wygra. Przypomnijmy sobie też, jak było, gdy Iga wygrała na kortach Rolanda Garrosa po raz pierwszy. Wtedy miała czas, by ochłonąć i "zejść na ziemię". Teraz tego czasu było mniej, tylko trzy tygodnie. Ona sobie na pewno bardzo dużo obiecuje po turnieju w Londynie. Jeżeli byśmy powiedzieli, że przede wszystkim będzie walczyła sama ze sobą, to się bardzo nie pomylimy. Ale tę walkę też można przegrać.

Wimbledon. Kto zagrozi Idze Świątek?

Pytanie, z kim będzie walczyć, jeśli chodzi o konkurencję, też trzeba zadać. Na nawierzchni trawiastej mogą się "objawić" tenisistki, które ostatnio niekoniecznie błyszczały, np. dwukrotna mistrzyni Wimbledonu Petra Kvitova. Ostatnio nieźle prezentuje się m.in. Garbine Muguruza. Kto jeszcze może zaskoczyć? Oczywiście opinia publiczna emocjonuje się powrotem do gry Sereny Williams.

 - Odpowiem może anegdotą. Ze starymi dobrymi znajomymi chcieliśmy wybierać numery, na które będziemy regularnie grali w "Totka".  Kolega zaproponował, że on ma w domu 49 orzechów, więc je ponumeruje i będziemy je wyciągać przed każdym losowaniem. I teraz możemy zrobić dokładnie to samo, tylko jeszcze więcej orzechów by trzeba było załatwić. Do czego zmierzam: nie da się tego przewidzieć. U tenisistów sprawa jest oczywista. Jakbyśmy teraz pobawili się we wskazywanie, kto znajdzie się w IV rundzie zmagań w turnieju mężczyzn, to jakby ktoś na te 16 nazwisk popełnił 3 błędy, to byłby najsłabszy w typowaniu. Natomiast u tenisistek, jak ktoś by przewidział 6 nazwisk, to już byłby wielki wyczyn.

A jak pan odbiera powrót Sereny Williams? Na co możemy liczyć w przypadku tej doświadczonej mistrzyni?

- Na pewno fizycznie czuje się dobrze. Natomiast czy to się przełoży na ten turniej? Przypominam sobie, jak Serena wróciła do rywalizacji po urodzeniu dziecka. Była wtedy młodsza, zdrowsza i miała więcej sił. A mimo to ten powrót się nie do końca udał. Jak sobie przypomnę jej finałowy mecz z Simoną Halep, to przecież ludzie przecierali oczy ze zdumienia. W 12 minut było 4:0 dla Rumunki. Ktoś, kto był przyzwyczajony do czasów świetności Sereny, nie pamiętał takiej dominacji rywalki. Jestem przekonany, że Serena tego Wimbledonu nie wygra. To dopiero byłaby dla mnie wielka niespodzianka, gdyby Serena po takiej przerwie przyjechała i wygrała. To by znaczyło, że cała reszta niepotrzebnie w ogóle trenuje.

Nie ma co ukrywać, że bardzo dobrze na nawierzchni trawiastej czuje się Hubert Hurkacz. Podobnie zresztą, jak Novak Djoković. Przy czym akurat dla Serba ten rok jest - jak dotąd - bardzo trudny. Wypowiedzi jego trenera Gorana Ivanisevicia po French Open jasno pokazywały, że Serbowi niełatwo było pogodzić się z porażką z Rafą Nadalem w ćwierćfinale RG. Ciekawe, czy w tym momencie Djoković jest w stanie się podnieść?

- Na pewno w Djokoviciu coś pękło, pytanie czy to się "złamało". Czy to jest tylko rysa na wierzchu, czy jednak wewnętrzne pęknięcie? Bo jeżeli to pierwsze, to Serb się odbuduje i na trawie może wygrać z każdym, o dowolnej porze dnia i na dowolnym korcie. Tylko właśnie: czy on jest do tego przygotowany pod względem psychicznym i mentalnym? Bo w jego przypadku trzeba się cofnąć nawet dalej przecież, niż do French Open - aż do wydarzeń sprzed Australian Open.

Zastanawiam się też cały czas, czy Djokoviciowi na dobre wyjdzie rozstanie z wieloletnim opiekunem, czyli Marianem Vajdą. Jego aktualny trener Goran Ivanisević był wybitnym tenisistą, ale cały czas nie wiemy, czy jest również bardzo dobrym trenerem.

- Kiedyś rozmawiałem z Marinem Ciliciem o tej ich współpracy. Na pewno o Goranie Ivaniseviciu można powiedzieć, że potrafi każdemu świetnie ułożyć serwis i wszyscy sobie to chwalą. Natomiast serwis to tylko jeden z elementów. Z drugiej strony, czy akurat Djokoviciowi naprawdę potrzebny jest trener, który by go czegokolwiek jeszcze uczył? Jest mu potrzebny człowiek, który go pozbiera psychicznie i nastawi odpowiednio przed meczem. Natomiast, jeśli mogę mieć takie swoje "małe marzenie" - w zeszłym roku dzień przed meczem Huberta Hurkacza z Rogerem Federerem napisałem Twitta, że nie zdziwiłbym się, gdyby to był ostatni mecz w karierze Szwajcara. Nie miałbym teraz nic przeciwko temu, żeby tym razem Hurkacz przeszedł do historii i - najlepiej w finale - zakończył karierę Rafy Nadala. Hiszpan sam przecież ostatnio zaczął o końcu kariery przebąkiwać. Poważnie liczy się z taką myślą.

Chociaż ostatnio trener Nadala Carlos Moya oświadczył, że realnym - ich zdaniem -  jest sięgnięcie po Klasycznego Wielkiego Szlema w tym roku.

- Tak, to jest na pewno dla niego motywacja. Tylko, że gdyby nie wygrał Wimbledonu, to już nie ma po co grać dalej.

Jeśli chodzi o Hurkacza, to trudno sobie wyobrazić lepszy prognostyk przed Wimbledonem, niż ostatni jego triumf w Halle.

- Nie wręczajmy mu jeszcze tego pucharu.

Jasna sprawa. Ale wydaje się, że Hurkacz jest na fali wznoszącej.

- Forma jest, tylko Hubert jeszcze nie jest zawodnikiem na tym poziomie, jak tenisiści z tzw. Wielkiej Czwórki, którzy jak kiedyś przyjeżdżali na turnieje wielkoszlemowe, to było wiadomo, że dla nich turniej w praktyce zaczyna się od ćwierćfinału. Oby kiedyś "Hubi" takim tenisistą był, ale na ten moment jeszcze nie jest i może mu się zdarzyć słabszy mecz z teoretycznie słabszym rywalem. Przyjmujemy to potem jako przykrą niespodziankę, ale taki jest właśnie urok sportu. Oby Hubertowi takie mecze przydarzały się jak najrzadziej i w jak najmniej ważnych turniejach.

Spodziewa się pan, że na tegorocznym Wimbledonie temat braku punktów rankingowych będzie tematem żywym w rozmowach między zawodniczkami i zawodnikami, czy raczej to rozpala na ten moment już głównie kibiców?

- Co tenisiści mieli do powiedzenia w tej sprawie, to już powiedzieli. Spodziewam się natomiast - przynajmniej na początku - wielu pytań na konferencjach prasowych, zadawanych zwłaszcza przez Brytyjczyków. Dla nich ten turniej to perła w koronie ich sportu, prawdziwe wydarzenie społeczne. Lubię powtarzać, że dla nich tenis jest tylko pretekstem, by zorganizować ten turniej. Dla nich jest to coś tak istotnego, że na pewno siedzi w nich teraz wielka zadra wobec ATP i WTA. Spójrzmy, jak bardzo zaangażował się brytyjski rząd w pomoc Ukrainie. Nielogicznym byłoby, gdyby organizatorzy Wimbledonu postąpili inaczej, niż postąpili. Powstałby straszny dysonans i inaczej zachować się po prostu nie mogli. A że jednocześnie zachowano się przyzwoicie, to tym lepiej.

Wiadomo, że pan redaktor jest ogromnym fanem legendy Wimbledonu rozumianej nie tylko jako wydarzenie typowo sportowe.

- Sądzę, że Wimbledon nie miałby nigdy takiej pozycji, jaką ma, gdyby sprowadzał się dla Brytyjczyków jedynie do grania w tenisa. W moim przypadku to już będzie 29. wizyta na Wimbledonie. Można powiedzieć, że jeździłem jeszcze w czasach, jak Pete Sampras zaczął wygrywać. Trochę się tego uzbierało. Teraz, po tej pandemicznej przerwie i po tym jednym w pewnym sensie "niepełnym" turnieju, na tegoroczny Wimbledon cieszę się jak dziecko na wyjazd na kolonię. Nie mogę się doczekać.

Rozmawiała: Justyna Krupa

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL