Reklama

Reklama

Duet z łapanki, czyli gorzkie tło wimbledońskiej współpracy Magdy i Beatriz

Mieliśmy już w niedawnej historii jeden debel polsko-brazylijski, który święcił triumf w Wimbledonie. Czy Magdalena Fręch i Beatriz Haddad Maia podążą śladami Łukasza Kubota i Marcelo Melo? Początek ich dosyć przypadkowej współpracy wiąże się dla Polki z gorzkim, ale wciąż świeżym wspomnieniem z nieodległej przeszłości.

Po pokonaniu 6:4, 5:7, 6:3 Słowaczki Viktorii Kuzmowej i Holenderki Arantxy Rus debel Magdalena Fręch - Betarice Haddad Maia awansował do 3. rundy wielkoszlemowego Wimbledonu. Polsko-brazylijski duet urodził się niemal w ostatniej chwili i w okolicznościach cokolwiek... gorzkich.

Wspólną grę łodziance zaproponowała o półtora roku starsza 26-letnia Brazylijka. Jej stała partnerka - Kazaszka Anna Danilina - z powodu kontuzji nie mogła przylecieć do Londynu. - Beatriz zadzwoniła do mnie. Przyznam, że byłam zszokowana, ale zgodziłam się oczywiście - relacjonuje Polka.

Reklama

"Kocham cię, Iga!" Ale do trawy miłość jest trudna

Szok Fręch był uzasadniony. Obie tenisistki zmierzyły się ze sobą ledwie tydzień wcześniej, w drugiej rundzie turnieju WTA w Birmingham. Polka prowadziła w nim 1:6, 7:5 i 4:2 w trzecim secie, mając przewagę przełamania. Była dwa gemy od zwycięstwa gdy Brazylijka wymusiła na sędzim turnieju przerwanie spotkania z powodu późnej pory... Następnego dnia Haddad Maia odrobiła straty, wygrała decydującą partię 7:6 (w tie breaku 7-3), a potem trzy kolejne spotkania i całą imprezę! To było jednak marne pocieszenie dla Magdy...

- Czy byłam wtedy zła na Beatriz? Bardziej chyba na sędziego naczelnego, który się na to zgodził, bo to do niego należała ostateczna decyzja, a była ona zbyt pochopna. Bo w kolejnych dniach w tym turnieju grano o wiele dłużej - relacjonuje polska tenisistka.

Przez pierwsze dni po porażce Magda cierpiała. - Bardzo w sercu bolało, bo wiedziałam, że byłam tak bliska zwycięstwa. Ale trzeba było o tym zapomnieć, bo takie rzeczy się zdarzają i nie mamy na to wpływu - dziś już Fręch mówi o tym wyraźnie pogodzona, a temat między tenisistkami został definitywnie zamknięty. - Skupiamy się na tym, co mamy tutaj do zrobienia - dodaje.

I choć - jak podkreśla sama Magda - prezentują inny styl tenisa (dziewczyna rodem z Sao Paolo mierzy 185 cm), to chyba dobrze się uzupełniają. - Beatriz cały czas nas motywuje, walczy o każdą piłkę i cały czas myśli o kolejnej, nie zraża się tym, że robi błędy. To matematyczne podejście mogłabym sobie od niej wziąć - podkreśla Fręch.

Dla Brazylijki turniej deblowy to nagroda pocieszenia za rozczarowujący występ w singlu. Rozstawiona z numerem 23, triumfatorka dwóch przedwimbledońskich imprez na trawie - w Nottingham i Birmingham - poległa już w pierwszej rundzie z ręki Słowenki Kaji Juvan.

Magda jest w innej sytuacji, świetnie radzi sobie w turnieju singlowym (zagra w sobotę w 3. rundzie z Rumunką Simoną Halep), ale przekonuje, że turniej deblowy traktuje szkoleniowo - nie zarobkowo. - Jeżeli miałabym grać debla z powodów czysto materialnych, to grałabym w każdym turnieju, żeby ciułać euro i dolary. Ale to jednak Wielki Szlem, nie miałam w nim okazji jeszcze grać w debla, a to przecież jest prestiż. Poza tym nie wiadomo, jak długo utrzymam się tu w singlu, a w deblu można sobie przedłużyć przygodę na Wimbledonie - mówi Magda. - I jeszcze jedno, dzięki deblowi pozostaję w rytmie, nie mam czasu za dużo myśleć i celebrować zwycięstw - uśmiecha się łodzianka.

Na wspomnienie, że już jeden brazylijsko-polski duet wygrał Wimbledon - Łukasz Kubot z Marcelo Melo uczynili to w 2017 roku - Magda z firmowym uśmiechem szybko odparowała: - Mam nadzieję, że będzie powtórka!

A więc trzymamy za to kciuki!

Z Londynu - Tomasz Mucha, Interia

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL