"Pioruny" na korcie, burza nad nim. Zaskakujący finał meczu Polaka z turniejową jedynką
Kamil Majchrzak poleciał do Rwandy z jasno określonym zadaniem - zaistnieć w dwóch tamtejszych challengerach. Pierwszego wygrał, w drugim przeszedł kwalifikacje i od razu wpadł na najwyżej rozstawionego gracza: Rosjanina Iwana Gachowa. Cóż to był za mecz! Pierwszego seta Polak wygrał 3:6, drugiego przegrał 5:7. A gdy w trzecim było 4:4, spadł deszcz, najpierw niewielki. Doszło do słownego starcia obu graczy, Majchrzak chciał grać, Gachow - nie. Po kwadransie wrócili, ale tylko na chwilę. W kilka minut spadło tyle wody, co w Polsce zwykle w kilka deszczowych dni. Supervisor nie miał więc wyjścia - ostatnie gemy zostaną rozegrane w środę.

Niemal rok temu, na przełomie marca i kwietnia, Iwan Gachow wygrał challengera na mączce w Gironie i po raz pierwszy wbił się do grona dwustu najlepszych tenisistów świata. W Mastersie w Monte Carlo poszedł za ciosem, w eliminacjach pokonał m. in. Adriana Mannarino, dotarł do drugiej rundy, w a niej toczył pojedynek z samym Novakiem Djokoviciem. W pierwszym secie przełamał nawet Serba, przegrał jednak w tie-breaku 5:7, później wielki mistrz miał już z górki.
Gachow mówił wtedy o spełnieniu marzeń, w połowie roku był już 142. na liście ATP, ale jesień i początek tego roku - miał wyjątkowo kiepskie. Do Rwandy poleciał szukać punktów, bo za chwilę może spaść do trzeciej setki. A Kamil Majchrzak ma dokładnie przeciwne intencje - on wraca z tenisowego niebytu, chce możliwie szybko być tak, gdzie był już przed zawieszeniem. Czyli nawet w pierwszej setce rankingu, bo taki ma potencjał i umiejętności.
Paradoks polega na tym, że Polak przebijał się przez kwalifikacje, a Rosjanin był tu w drabince jedynką.
Niepewność na początku, później świetny finisz. Majchrzak na prowadzeniu
Gachow grał już w pierwszym challengerze, tym wygranym przez Polaka, ale na dzień dobry przegrał z Włochem Pennafortim z szóstej setki rankingu. Tłumaczył później, że nie zdołał jeszcze przyzwyczaić się do warunków pogodowych i do... piłek, które są w Kigali. Po losowaniu drabinki Rosjanin wiedział już, że do niego trafi kwalifikant. I nie był spokojny. - Może to być zwycięzca pierwszego turnieju albo dwóch półfinalistów. Muszę być przygotowany - stwierdził, cytowany przez miejscowe media. I tak się stało.

Majchrzak był więc, choćby zdaniem bukmacherów, zdecydowanym faworytem, ale sam sobie sprawił "drogę przez mękę". W ogóle całe spotkanie było pełne wahań, nierówne. Polak miał problemy już w swoim drugim gemie serwisowym, bronił dwóch break pointów. Wyszedł jakoś z tego, za chwilę przełamał Gachowa, co okazało się kluczowe dla tej partii. Ale później miał aż siedem szans, by prowadzić 5:1 - i żadnej nie wykorzystał. Na szczęście nie okazało się to przełomowe, Polak wygrał 6:3.
"Wiecznie o coś walczę, wiecznie o coś proszę". Polak się wściekał. I zmarnował wielką szansę
W drugim secie widać już jednak było, że Gachow coraz lepiej czuje się na korcie, lepiej kontroluje dłuższe wymiany, coraz częściej wychodzi z nich obronną ręką. Polak zaś był jakby bardziej zdenerwowany, gdy w szóstym gemie popełnił błąd, dając rywalowi dwa break pointy, z dużą mocą rzucił rakietą w kort. Opanował się jednak, obronił tę sytuację.
Mało tego, Majchrzak dostał aż trzy szanse, by przełamać Rosjanina na 6:5, ostatnia była już znakomita. Dobiegł do siatki, ale źle wybrał kierunek i rywal perfekcyjnie odpowiedział. Wyrównał stan w tym gemie, a za chwilę go wygrał. - Wiecznie o coś walczę, wiecznie o coś proszę. I całe życie to samo. Nic się nie zmienia! - krzyczał zdenerwowany Polak, sam do siebie.
I Gachow poszedł za ciosem, to on wywalczył przełamanie, świetnym returnem zaskoczył Polaka w kluczowej akcji.

Równikowa ulewa - akurat wtedy, gdy decydowały się losy meczu
Po raz drugi w Rwandzie Majchrzak musiał więc grać decydującą partię, ale tym razem było to dla niego trudniejsze. Polak grał ósmy mecz w ósmym dniu z rzędu - nie miał żadnego wolnego pomiędzy. To Gachow wyglądał teraz lepiej, jemu łatwiej przychodziło punktowanie. I - kolejny paradoks - to Majchrzak wywalczył breaka, którego zbyt długo nie wytrzymał. Trzy punkty wręcz podarował rywalowi, raz nie pobiegł do dropszota - i całą przewagę stracił. A gdy było 4:4 i równowaga zaczął jeszcze padać deszcz.
Gachow chciał przerwania meczu, Majchrzak był za grą, dochodziło do utarczek słownych. Obaj tenisiści usiedli na krzesełkach, a sędzia główny chodził po korcie i... przecierał linie butem. Ostatecznie mecz został jednak przerwany na blisko kwadrans.
Po powrocie, Polak wywalczył break pointa, ale Rosjanin szybko posłał trzy kapitalne serwisy i to on znalazł się o gema od wygrania meczu.
Wtedy jednak lunęło na dobre - równikowy deszcz w kilka minut zamienił kort w... małe jezioro. Po godzinie supervisor turnieju podjął decyzję, że spotkanie zostanie dokończone w środę - o godz. 9 polskiego czasu.
Challenger ATP 50 w Kigali (korty ziemne). Pierwsza runda
Kaml Majchrzak (Polska, Q) - Iwan Gachow (-, 1) 6:3, 5:7, 4:5 - mecz przerwany.
Zobacz również:












