Reklama

Reklama

Deblowe zwycięstwa Kubota i Matkowskiego na Wimbledonie

Łukasz Kubot i Marcin Matkowski, z różnymi partnerami, szybko i pewnie awansowali w środę do drugiej rundy debla w wielkoszlemowym turnieju na trawiastych kortach w Wimbledonie. W czwartek Kubota czeka drugi występ w singlu, w którym przed rokiem w Londynie dotarł do ćwierćfinału. Matkowski narzeka na trawę na kortach.

- Zagraliśmy supermecz. Od razu przełamaliśmy przeciwników, zarówno w pierwszym, jak i w drugim secie na początku od razu. To ułatwiło nam serwowanie i pozwoliło kontrolować dalszy rozwój wydarzeń. Oni potem wymienili strony na returnie, ale niewiele to pomogło. W trzecim secie wyszliśmy na 5:2, no ale w końcówce oni zaczęli lepiej returnować. Mieliśmy w ręku dwa przełamania, ale skończyło się na jednym - powiedział INTERIA.PL po meczu Kubot.

- Najważniejsze jest to, że w ostatnim gemie nie straciłem serwisu i skończyło się w trzech setach. Pamiętajmy, że na Wimbledonie w deblu gra się do trzech wygranych setów, a nie dwóch, jak w pozostałych turniejach wielkoszlemowych - dodał.

Reklama

Lindstedt jest typowym deblistą, natomiast Kubot wciąż stara się koncentrować na grze pojedynczej, a podwójną traktuje jako uzupełnienie kariery, choć to w niej miał większe sukcesy. Z Austriakiem Oliverem Marachem dwukrotnie zakwalifikował się do kończącego sezon turnieju masters - ATP World Tour Finals, a w styczniu tego roku ze Szwedem triumfował w wielkoszlemowym Australian Open (jego partner wcześniej trzy razy grał w finałach Wimbledonu). Od zwycięstwa w Melbourne grają stale razem.

- Na pewno po tym, co zrobiliśmy w Australii, to my jesteśmy pewnie jednymi z faworytów tu w Londynie, ale też "chłopcami do bicia" dla mniej zgranych debli czy niżej notowanych rywali. Z Robertem jesteśmy zgranym teamem, a to nasi przeciwnicy nie mają nic do stracenia. Dzisiaj graliśmy z dwoma singlistami tak naprawdę, a oni zazwyczaj lepiej returnują, niż rasowi debliści. Ale taktycznie rozegraliśmy ten mecz lepiej od nich i chyba dziś nie mieliśmy słabych punktów. Wygraliśmy pewnie, ale teraz czeka mnie jutro występ w singlu i muszę się na nim skoncentrować - powiedział INTERIA.PL Kubot.

Rywalem 32-letniego Polaka w drugiej rundzie gry pojedynczej będzie wschodząca gwiazda serbskiego tenisa, 23-letni Duszan Lajović.

- Lajović wygrał tutaj z rozstawionym Garcią-Lopezem, czym potwierdził, że świetnie się czuje w sytuacji, gdy grając nie ma nic do stracenia. Jest obecnie na fali wznoszącej i choć ma mniejsze doświadczenie w Wielkim Szlemie, to jednak przed miesiącem w Roland Garros doszedł do 1/8 finału. Na pewno on dobrze gra, gdy ma dużo czasu na odbicie piłek, dlatego będę musiał grać bardzo agresywnie i szybko, żeby nie dać mu możliwości rozwinięcia skrzydeł. Sporo też będzie zależeć od mojego serwisu i returnu - uważa Kubot.

- Na pewno jest to niewygodny rywal dla każdego. To typowy serbski wojownik, z bardzo zadziornym charakterem, wiadomo wychował się między Djokoviciem, Troickim i Tipsareviciem. Dlatego na pewno nie będzie to łatwy mecz, obaj będziemy musieli ciężko walczyć o każdy punkt, a ja będę musiał wykorzystać swoje doświadczenie zdobyte na londyńskiej trawie. Na pewno też dzisiejszy mecz deblowy mi pomoże w przygotowaniu do spotkania z Lajoviciem - dodał.

Pierwszy mecz w grze podwójnej wygrał w środę również Marcin Matkowski w parze z Kolumbijczykiem Juanem-Sebastianem Cabalem (nr 15.). Okazali się lepsi od Brazylijczyka Marcelo Demolinera i Purava Raji z Indii 6:2, 6:4, 6:4.

- Pierwszy wygrany mecz w tegorocznym Wimbledonie, szybkie zwycięstwo, więc jestem zadowolony. Obaj dobrze graliśmy i wygraliśmy w trzech setach. Jeśli miałbym porównać grę Fyrstenberga do Cabala, to na pewno pierwszy ma lepszy serwis. Jednak lewa ręka na trawie daje dużą przewagę. Natomiast Cabal lepiej returnuje, więc w jakimś stopniu się to wyrównuje. Ale na razie nie myślę o zmianie partnera, no chyba, że wygramy Wimbledon, to wtedy może - powiedział Matkowski.    

Przez większość kariery gra on z Fyrstenbergiem, z którym odniósł 14 zwycięstw w imprezach ATP World Tour, doszedł do wielkoszlemowego finału w US Open w 2010 roku, a tamten sezon zakończyli również finałem w ATP World Tour Finals. Jednak na wimbledońskiej trawie nigdy im się nie wiodło, dlatego postanowili tym razem wystąpić z rożnymi partnerami.

- Prawda jest taka, że Londynie udało mi się wygrać najwięcej dwa mecze z rzędu, ale z Kubotem. Nie potrafię wytłumaczyć, czemu razem z Mariuszem nie potrafimy tutaj niczego zdziałać. Może osobno nam pójdzie lepiej - uważa Matkowski.

Polski debel dwukrotnie zdołał wygrać turniej na trawiastej nawierzchni w Eastbourne. Jednak w Wimbledonie razem najdalej dotarli do drugiej rundy.

- To dowód, że potrafimy grać na trawie, ale w Londynie z roku na rok trawa tutaj jest coraz wolniejsza. Nie wiem jak oni ją przygotowują, ale piłka skręca mniej po slajsie czy serwisie. Chyba po prostu próbują spowolnić nawierzchnię dla kibiców, żeby były dłuższe wymiany. Poza tym jakby szybciej się zużywa ta trawa, niż w poprzednich latach. Nie wiem czym jest to spowodowane, ale patrząc na niektóre korty można odnieść wrażenie, że już się kończy pierwszy tydzień Wielkiego Szlema, a nie dopiero zaczyna - powiedział Matkowski.

- To, że od przyszłego roku sezon gry na trawie będzie wydłużony o tydzień jest chyba dobrym pomysłem, ale byle nie dłużej. Pięć, czy sześć tygodni z Newport włącznie wystarczy z mojej perspektywy. Dobrze, że podniesiona zostanie ranga turnieju w Halle do ATP World Tour 500, bo tam zawsze jest mocna obsada w singlu i deblu, a wygranie tam dwóch meczów teraz dawało tylko 45 punktów - dodał.

Fyrstenberg zgłosił się do Wimbledonu z Amerykaninem Rajeevem Ramem, ale nie mieli szczęścia w losowaniu, bowiem na otwarcie trafili na rozstawionych z numerem piątym Leandera Paesa z Indii i Czecha Radka Stepanka.

Z Londynu Tomasz Dobiecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje