Reklama

Reklama

Czarna środa Polek na Wimbledonie. Ciało powiedziało "nie"

Po radosnym poniedziałku, gdy Maja Chwalińska, Magda Linette i Katarzyna Kawa awansowały dosyć niespodziewanie do drugiej rundy Wimbledonu, dwa dni później cała trójka solidarnie zapracowała na czarną środę na kortach All England Lawn Tennis and Croquet Club.

W sumie można się było tego spodziewać, bo wszystkie nasze dziewczyny mierzyły się z tenisistkami cenionymi bardziej i utytułowanymi, ale rozochoceni ich harcami w pierwszej rundzie po cichu liczyliśmy, że choć jedna z Polek sprawi kolejnego psikusa. Nie udało się.

Magda Linette nie sprostała Angelique Kerber, mistrzyni Wimbledonu z 2018 roku. Ten mecz to były "derby Wielkopolski", bo mająca polskie korzenie Angie przez większą część roku - jeżeli nie jest w trasie - pomieszkuje przecież w Puszczykowie, a Magda w Poznaniu.

Reklama

Kerber w londyńskim turnieju w ogóle czuje się jak ryba w wodzie - ma 76-procentowy wskaźnik zwycięstw (84 do 30), najwyższy w porównaniu z pozostałymi trzema Wielkimi Szlemami. - To dla mnie naprawdę magiczne miejsce. Widzieć znajome twarze i dobrze się bawić na korcie i poza nim, to naprawdę wspaniałe - mówiła Angie.

34-letnia Kerber jest szóstą najstarszą zawodniczką w tegorocznej drabince i ma na koncie 51 meczów z rzędu w Wielkim Szlemie - to druga najdłuższa passa wśród aktywnych graczy. Dla 30-letniej Linette może być inspiracją. Polka żałowała przede wszystkim, że w meczu nie "siedział" jej serwis.

- To zwłaszcza na trawie powinna być moja broń, a niestety nie była. Nie mogłam znaleźć lepszego rytmu. Mimo to miałam bardzo dużo szans, więc po prostu żałuję, że w tych ważnych punktach Angie potrafiła wznieść się poziom wyżej, zagrała solidnie w ważnych momentach, a ja byłam bardzo nierówna - mówiła smutna Linette, która zostaje jeszcze w Londynie i zagra w deblu w parze z Amerykanką Bernardą Perą.

Wimbledon 2022. Koniec przygody Mai Chwalińskiej

Gdy Linette przegrywała mecz, na korcie numer 18 naprzeciwko tzw. Henmann Hill, czyli trawiastej - a jakże! - skarpy, na której piknikując na kocykach widzowie na wielkim telebimie oglądają mecze z Kortu Centralnego, Maja Chwalińska łoiła aż miło kolejną rywalkę.

Zanim Alison Riske-Amritraj połapała się w kombinacyjnym stylu gry "kieszonkowej Polki" (164 cm wzrostu), przegrywała 0:3. W końcu 36. na świecie Amerykanka się połapała, ale seta już nie uratowała. Impet przyjaciółki Igi Świątek zakończył się na pierwszym gemie w drugiej partii, a potem pod naciskiem mocnych zagrań smukłej niczym żyrafa rywalki przegrała kolejnych 12 gemów i wspaniała przygoda tenisistki z Dąbrowy Górniczej w Londynie i Roehampton - gdzie wygrała eliminacje - dobiegła końca.

- Ten turniej pokazał, że mam już tenisowe umiejętności, żeby grać z dziewczynami z czołówki, ale potrzebuję jeszcze z nimi "otrzaskania", bo one grają na wyższej intensywności. Wytrzymałam półtora seta, a potem moje ciało po prostu powiedziało "nie", od stanu 1:3 w drugim secie zeszło ze mnie powietrze. To mimo wszystko dobre doświadczenie, pokazało, że idę w dobrym kierunku, ale mam też jeszcze dużo pracy przed sobą. Musze się wzmocnić fizycznie i motorycznie i potrzebuję większej liczby meczów na podobnym poziomie - podsumowała przyjaciółka Igi Świątek, która do wielkiego tenisa wróciła na początku roku po zwycięskich zmaganiach z depresją.

Wimbledon 2022. Katarzyna Kawa przegrała z Ons Jabeur

Jako trzecia w środę poległa Katarzyna Kawa, która z drugą rakietą rankingu WTA Ons Jabeur zaczęła również bez kompleksów i prowadziła w pierwszej partii 4:3, ale następnie oddała 9 gemów z rzędu i cały mecz. Ale dla niej i dla Chwalińskiej najwyższy w karierze zastrzyk prawie 80 tysięcy funtów (brutto) za grę w drugiej rundzie Wimbledonu zapewni finansowy spokój na przynajmniej kilka następnych miesięcy. Oby w sierpniu w US Open zarobiły jeszcze więcej!

Z Londynu - Tomasz Mucha, Interia

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL