Poniedziałek zapowiadał się wyjątkowo ekscytująco dla polskich kibiców - na odnowionych obiektach w Mason koło Cincinnati już w pierwszym starciu na centralnym obiekcie P&G Stadium pojawiła się Iga Świątek. A ledwie ograła Marię Sakkari 4:6, 6:1, 6:1, jej miejsce zajęła Magdalena Fręch - walcząca z Jeleną Rybakiną.
Na mniejszym obiekcie Tony Trabert Stadium grały z kolei potencjalne rywalki Igi - Diane Parry pokonała po 161 minutach gry Lois Boisson. A gdy skończyły, na obiekcie pojawiły się Maja Chwalińska i Diana Sznajder. Żeby było ciekawiej, wszystkie te spotkania odbywały się w jednej ćwiartce drabinki - lepsza z pary Chwalińska/Sznajder miała wpaść na triumfatorkę potyczki Rybakiny z Fręch.
A jeszcze na Court 7 rywalizowała w deblu Poznanianka Katarzyna Piter.
Chwalińska i Sznajder nie miały farta - ledwie pojawiły się na stadionie, zaczęło padać. Sędzia Tom Sweeney nie zdecydował się na wydanie komendy o przerwaniu gry, zawodniczki posiedziały chwilę pod parasolami. A później ruszyły do rozgrzewki, już po losowaniu. I gdy miały zaczynać mecz, znów deszcze uniemożliwił walkę. Tym razem Australijczyk zalecił im udanie się do szatni.
W końcu jednak, po godz. 15 lokalnego czasu, a 21 w Polsce, mecz udało się rozpocząć.
Cincinnati Open. Maja Chwalińska kontra Diana Sznajder na Tony Trabert Stadium. Stawką 1/8 finału
Polka wygrała losowanie, wygrała serwis. Walczyła o swoje drugie zwycięstwo w turnieju WTA 1000 w całej karierze. Kiedyś nie miała do imprez tej rangi wstępu, raz zahaczyła o eliminacje w Rzymie. Z tego samego Rzymu na początku maja musiała wyjechać bez gry, bo nie dostała się nawet do owych kwalifikacji.
A później Roland Garros wszystko w jej życiu zmienił. Wygrała w Paryżu dziewięć spotkań - to dziewiąte w półfinale, właśnie z Dianą Sznajder. Awansowała na 21. miejsce w rankingu, teraz ma rozstawienie nawet w turniejach rangi 1000. W Toronto nie udało się jeszcze wygrać meczu, w Cincinnati - już tak. Pokonała w sobotę Cirstinę Bucsę, dziś zaś doszło do jej rewanżu z Rosjanką, po 74 dniach.

Wtedy Maja czarowała na Stade Roland Garros, sprzyjała jej nawierzchnia. Teraz, na kortach twardych, dużo więcej atutów miała Rosjanka. Też leworęczna, ale potrafiąca grać siłowo. Co pokazała w Waszyngtonie (zwycięstwa z Potapową i Samsonową) czy Toronto (ograła Kalinską i Pegulę).
Już w pierwszym gemie Polka musiała bronić dwóch break pointów - było wyraźnie widać, że Sznajder ruszy do ataku przy każdym drugim serwisie 24-latki. Chwalińska wygrała trzy kolejne akcje, ale jednak tego gema oddała. Brakowało precyzji, tak bardzo potrzebnej w starciu z silniejszą rywalką.
To przełamanie miało bardzo istotne znaczenie, na returnie zawodnika z Bielska-Białej była bowiem trochę bezradna. A potrzebowała odłamania, by zaistnieć jeszcze w tym secie. W piątym gemie Sznajder miała okazje na podwyższenie prowadzenia. Momentami Maja potrafiła ją zaskakiwać, a to serwisami na ciało, a to asem na zewnątrz, mimo zaledwie 133 km na godzinę. I odważnie biegała do siatki, to też była jej szansa. Wygrała tego arcyważnego gema, choć to wciąż było mało.

Rosjanka zdołała jednak po raz drugi przełamać Polkę, już na 5:2. I wtedy... deszcz po raz drugi sprawił, że musiały udać się do szatni.
Tym razem przerwa trwała 50 minut - po powrocie Sznajder dostała nowe piłki. Ósmy gem zakończył seta, Diana wygrała go do zera. Rosjanka triumfowała 6:2.
Maja znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Nie dlatego, że grała źle. Czasem miała bardziej udane akcje, czasem mniej, ale generalnie - trzymała swój poziom. To jej rywalka prezentowała się tym razem świetnie.
Maja walczyła, to trzeba jej oddać. W pierwszym gemie drugiego seta znów obroniła trzy break pointy, na końcu pojawiły się w końcu jakieś błędy po drugiej stronie siatki. Ale to była chwilowa niemoc Sznajder, która coraz częściej odpychała Polkę od końcowej linii kortu. A biegając dwa, trzy metry za kortem, Maja traciła swoje atuty.
W trzecim gemie sytuacja znów się powtórzyła - trzy kolejne szanse Rosjanki na przełamanie i... końcowy triumf Polki. Mało tego, za chwilę to Chwalińska pierwszy raz wywalczyła okazję do przełamania. I od razu ją wykorzystała, objęła prowadzenie 3:1.
Uśmiech zniknął z twarzy Rosjanki, zaczęła grać nerwowo. Tak jak 74 dni wcześniej w Paryżu, gdy "pomagała" Polce. Miała dwie piłki na 2:3, by za chwilę przegrywać 1:4. Sznajder "modliła się" o przerwę, o opady deszczu. I przy stanie 15-40, gdy Maja miała dwa break pointy na 5:1, Sweeney znów zaprosił obie do ławek. A kibice wyciągnęli parasole.
Australijczyk czekał tym razem na rozwój wydarzeń. Za chwilę jednak poprosił tenisistki o udanie się do szatni.
Tym razem przerwa była krótsza, trwała pół godziny. Pozwoliła jednak Rosjance ochłonąć, opanowała nerwy. Wygrała tego gema, mimo jeszcze jednej szansy Polki. I wygrała kolejnego, choć Maja znów miała piłkę na 5:2. A tak to Sznajder za moment serwowała na remis.
I wyrównała na 4:4.
Sznajder złapała ten rytm, którym imponowała w pierwszej partii. W dziewiątym gemie Maja ze stanu 0-40 doszła na 30-40. Ale później Diana popisała się kapitalnym minięciem. Była zaciśnięta pięść i okrzyk radości.
Tyle że... zwycięstwa sobie jeszcze nie zapewniła w kolejnym gemie, Chwalińska pokazała wolę walki, wyrównała po kolejnym breaku. Coraz częściej posyłała piłki na bekhend Rosjanki, to dawało efekty.
Przed przełamaniem na 5:6 obroniła się taką cudowną akcją przy siatce:
A później sama wygrała tego gema. Ostatecznie o losach tego seta decydował tie-break.
Maja broniła się momentami w niewiarygodny sposób, Sznajder ryzykowała, spychała ją do defensywy. Jej forhend był niesamowicie groźny, robił różnicę. Rosjanka odskoczyła na 3-0, błąd Polki dał jej czwarty punkt. I to już wystarczyło, choć Maja była tak blisko dojścia na 3-4. Rosjanka wygrała 6:2, 7:6 (3). Po niemal pięciu godzinach od pierwszego wyjścia na kort, ale 128 minutach gry. W Paryżu grały o dwie minuty dłużej.
W czwartej rundzie Sznajder zagra z Rybakiną, która po dwóch zaciętych setach pokonała Fręch 6:4, 7:6 (2). A lepsza z tej pary zagra w 1/4 finału z triumfatorką potyczki Iga Świątek - Diane Parry.
















