Reklama

Reklama

Australian Open już od 100 lat...

Młodzi kibice tenisa nie interesują się historią i trudno im się dziwić. Jednak nawet na nich 100-lecie wielkiej sportowej imprezy powinno, ba - musi, robić wrażenie... "100 years in making" - to hasło tegorocznego Australian Open, wielkoszlemowego turnieju, którego początki sięgają 1905 roku.

Na kortach Melbourne Park walka o 14,5 mln dolarów rozpocznie się już w najbliższy poniedziałek. Po raz pierwszy od 2001 roku także z polskim, miejmy nadzieję pozytywnym, "singlowym" akcentem.

Formalnie turniej po obecną nazwą odbywa się od 1969 roku (wcześniej jako Australaasian Championships i Australian Championships), a w Melbourne Park (dawniej Flinders Park) najlepsi tenisiści toczą boje od 1988 roku, kiedy to przenieśli się z Kooyong Lawn Tennis Club.

W 2004 roku w Australii rywalizowano po raz 92. W latach 1916-18 i 1941-45 nie zdołano przeprowadzić ośmiu edycji z powodów dwóch wojen światowych.

Reklama

Co ciekawe, impreza nie zawsze odbywała się Melbourne (tenisiści gościli tam 46 razy ). Grano także w Sydney (17 razy), Adelajdzie (14), Brisbane (8), Perth (3) oraz... Nowej Zelandii (2) w 1906 i 1912 roku.

Zajmijmy się w końcu teraźniejszością, która w przypadku kobiecej imprezy nie jest zbyt różowa. Triumfatorka z poprzedniego sezonu Justine Henin-Hardenne, finalistka Kim Clijsters oraz dwukrotna zwyciężczyni (z 2001 i 2002 roku) Jennifer Capriati - to tylko wizytówka listy nieobecności. Kontuzje to zmora zawodowego tenisa, a w przypadku płci pięknej to już nie zmora, a katastrofa. Nieobecni nie mają jednak racji i to z pewnością będą starały się udowodnić numer 1 w światowym rankingu Lindsay Davenport (jeśli nie przeszkodzi jej zapalenie oskrzeli), druga na liście Amelie Mauresmo oraz koalicja Rosjanek z Marią Szarapową i Anastazją Myskiną na czele.

Nie możemy skreślać także Sereny Williams, która tak dzielnie zaprezentowała się w listopadowych mistrzostwach WTA Tour, ulegając dopiero w finale Szarapowej i to z powodu bolesnej kontuzji mięśni brzucha. Amerykanka w 2003 roku zdobyła w Melbourne Park dwa tytuły (w singlu oraz w deblu ze starszą siostrą Venus) i w tym roku znów może poważnie zamieszać w walce o zwycięstwo.

Dla nas, a zapewne i dla gospodarzy, "czarnym koniem" jest Alicia Molik. Zawodniczka polskiego pochodzenia (jej rodzice są naszymi rodakami) i umiejąca porozumieć się po polsku miała niezwykle udaną końcówkę ubiegłego sezonu, a jej agresywny i atakujący styl gry świetnie się ogląda.

Atutem Molik jest gra przy siatce, a właśnie na to położył ostatnio nacisk czeski szkoleniowiec Marty Domachowskiej. - Tomas Janda pracuje z nią głównie nad cierpliwością, taktyką oraz częstszą grą przy siatce, która może okazać się bardzo ważna w dalszych postępach rankingowych - powiedziała INTERIA.PL Magda Domachowska - starsza siostra i jednocześnie menedżer Marty.

Polka, która w przeddzień rozpoczęcia turnieju skończy 19 lat, przygotowywała się do Australian Open podczas turniejów WTA w Auckland i Hobart. W Nowej Zelandii przegrała już w I rundzie, a na Tasmanii dotarła do ćwierćfinału.

To niezły prognostyk dla zawodniczki warszawskiej Mery, która w 2003 roku grała w półfinale juniorskiego Australian Open. To będzie debiut Polki w I rundzie imprezy wielkoszlemowej, a także pierwszy występ naszej rodaczki w Melbourne w turnieju głównym od 2001 roku, kiedy to w Australii po raz ostatni wystąpiła Magdalena Grzybowska. Przypomnijmy, że krakowianka dotarła do III rundy Australian Open w 1997 i 1998 roku.

Do występu Domachowskiej powinniśmy jednak podchodzić spokojnie. Wydaje się, że dobrym wynikiem dla Marty byłoby przejście I rundy, a jest na to ogromna szansa. Los uśmiechnął się do naszej zawodniczki, która w I rundzie zmierzy się z rywalką wyłonioną w kwalifikacjach.

***

W turnieju męskim wszyscy zadają sobie jedno pytanie: czy broniący tytułu Roger Federer, który w ubiegłorocznym finale pokonał Marata Safina (uwaga także na Rosjanina), znów zmiażdży rywali. Za tym przemawiają ostatnie występy Szwajcara, ale przecież każda seria musi mieć swój koniec.

Sam zawodnik ma na pewno na ten temat inne zdanie, a podjęcie współpracy ze słynnym Australijczykiem Tony Roche'em świadczy o poważnych zakusach na Wielkiego Szlema.

Na to zapewne liczy Andy Roddick, który niedawno zmienił trenera. Brada Gilberta zastąpił Dean Goldfine. Amerykanin, który większość roku gra na twardych kortach w swojej ojczyźnie, powinien podjąć rękawicę.

Naturalnym rywalem Federera wydaje się na Antypodach Lleyton Hewitt. Australijczyk otrzymał wprawdzie od Rogera olbrzymie baty w ubiegłym sezonie (aż pięć porażek), ale sam Szwajcar - chyba nie kurtuazyjnie - uważa Lleytona za jednego z najmniej wygodnych rywali.

- Jest bez sensu myślenie tylko o starciu z Rogerem, kiedy i tak może do niego nie dojść - powiedział Hewitt, który skrytykował ostatnio organizatorów za zbyt "wolną" jego zdaniem nawierzchnię "Rebound Ace", ale zaraz dodał: - Tak naprawdę trzeba wyjść i wygrać Australian Open i ja to planuję zrobić, niezależnie od tego, na czym przyjdzie mi rywalizować.

Warto zauważyć, że Lleyton nigdy w swojej bogatej już przecież karierze nie przebrnął IV rundy Australian Open (ten etap osiągnął przed rokiem i w sezonie 2000), a spośród wszystkich imprez wielkoszlemowych najgorszy bilans zwycięstw i porażek (12-8) ma właśnie u siebie.

O zwycięstwie w Melbourne Park myśli także Andre Agassi. - Jestem tu z intencją pokazania wszystkiego co najlepsze i wygrania, To jest mój cel - stwierdził Amerykanin, który czterokrotnie w swojej bogatej karierze wygrywał Australian Open. Występ Agassiego w ostatniej chwili stanął jednak pod znakiem zapytania z powodu urazu mięśnia biodra.

***

Turniej na Antypodach rozpoczyna sezon i często - znacznie częściej niż w przypadku innych imprez wielkoszlemowych - przewidywanie jego przebiegu to wróżenie z fusów. Zwycięstwa Czecha Petra Kordy (1998) czy też Szweda Thomasa Johanssona (2002) to najlepsze przykłady na udowodnienie tej tezy.

Nie dziwmy się więc jeśli 29 i 30 stycznia ręce do góry w geście triumfu podniesie ktoś nie uważany za faworyta. I nie jest bynajmniej to zachęta do obstawiania niespodzianek...

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL