Reklama

Reklama

Australian Open. Jennifer Brady w finale mimo kwarantanny

W sobotnim finale turnieju kobiet Naomi Osaka zagra z Jennifer Brady. Faworytką jest Japonka, ale bez względu na końcowy wynik osiągnięcie Amerykanki zasługuje na szczególne uznanie.

Okazuje się, że w dobie pandemii koronawirusa w tenisie dzieją się rzeczy pozbawione logiki. Uprzywilejowani powinni być ci sportowcy, którzy mieli możliwość przygotowań do pierwszego w tym roku turnieju wielkoszlemowego bez zakłóceń. Ale wcale tak nie jest.

Reklama

W połowie stycznia do Australii specjalnymi czarterami przyleciało 1 200 uczestników turnieju, zawodników i osób towarzyszących. Po przylocie najpierw były testy, potem - w oczekiwaniu na wyniki - restrykcyjna trzy-, czterodniowa kwarantanna. Jeżeli wynik był negatywny, zawodnicy przebywali przez dwa tygodnie w wyznaczonych przez organizatorów hotelach, ale mieli prawo do pięciu godzin do wyjścia z pokoju, by móc trenować na korcie, w siłowni.

Pasażerowie trzech samolotów mieli pecha. Na pokładzie znalazły się osoby z koronawirusem. Przepisy były bezlitosne, nawet jeśli ktoś miał negatywny wynik testu czekała go całkowita izolacja, bez prawa do pięciogodzinnego wyjścia z hotelu na treningi przysługującego zawodnikom z "czystych" samolotów.

Takiej kwarantannie poddane zostały m.in. Wiktoria Azerenka, Angelique Kerber. Zwyciężczynie turniejów wielkoszlemowych odpadły niespodziewanie w pierwszej rundzie. Jennifer Brady też była w jednym z samolotów z osobą zakażoną, trafiła do hotelowej izolatki,  ale nic jej nie przeszkodziło, by dotrwać aż do ostatniego dnia turnieju gry pojedynczej pań.

Z tego punktu widzenia to największa sensacja tegorocznego turnieju. Brady przez dwa tygodnie sama musiała poddać się reżimowi treningowemu we własnym pokoju hotelowym. Odbijała piłkę od ścianę, jeździła na rowerku stacjonarnym, ćwiczyła z hantlami. Była bardzo zdyscyplinowana. Wstawała o tej samej godzinie, ćwiczyła regularnie dwa razy dziennie, w wyznaczonych przez trenera sesjach.

- Na początku byłam tym załamana, ale stwierdziłam, że są rzeczy gorsze niż zamknięcie na dwa tygodnie w pokoju hotelowym. Nie było to idealne przygotowanie do turnieju, ale miałam przecież tydzień czasu, by po wyjściu z kwarantanny potrenować - mówiła Brady po zwycięstwie z Karoliną Muchovą w półfinale turnieju.

Wysiłki jej i trenerów docenił trener Naomi Osaki. - Wykonali wielką pracę podczas kwarantanny. Miała okazję by pracować nawet wtedy i z niej skorzystała. To dziewczyna, która ma świetną mentalność - stwierdził Wim Fissette.

Paryski dziennik "L’Equipe" podkreślił, że takie nastawienie jest możliwe tylko w przypadku Amerykanów, którzy zawsze optymistycznie patrzą na życie, dla których szklanka zawsze jest do połowy pełna. Brady jest tego typu człowiekiem i w trudnej sytuacji optymizm pozwolił jej zapomnieć o wcześniejszych trudnościach i grać w Melbourne Park tak jakby nic złego się nie stało.

25-letnia Amerykanka w drodze do finału pierwsze cztery mecze przeszła jak burza, nie tracąc seta. Pokonała: Hiszpankę Alionę Bolsovą 6:1, 6:3, rodaczkę Madison Brengle 6:1, 6:2, Słowenkę Kaję Juvan 6:1, 6:3, Chorwatkę Donnę Vekić 6:1, 7:5. Trudniej było od ćwierćfinału. W tej fazie wygrała z rodaczką Jessiką Pegulą 4:6, 6:2, 6:1, a w półfinale z Muchovą 6:4, 3:6, 6:4.

Brady zagra po raz pierwszy w finale turnieju Wielkiego Szlema. Najbliżej trofeum była w ubiegłym roku w US Open. W Nowym Jorku przegrała po zaciętym trzysetowym pojedynku z... Naomi Osaką.

W sobotę wieczorem w Melbourne (o 9.30 rano czasu polskiego) Brady będzie miała okazję do rewanżu i to mimo dwóch tygodni ścisłej kwarantanny przed turniejem.

Olgierd Kwiatkowski

Dowiedz się więcej na temat: Jennifer Brady | australian open | tenis | Naomi Osaka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje