Reklama

Reklama

Andrzej Inglot, ojciec znanego tenisisty. Polski rekordzista Wimbledonu?

Choć kolega po piórze Artur Rolak z Tenisklubu opisuje właśnie turniej wimbledoński imponujący 29. raz, mnie udało się spotkać Polaka, który widział więcej The Championships niż Artur. To Andrzej Inglot, który mecze na The All England Lawn Tennis and Croquet Club obserwuje już po raz 43! To ojciec utytułowanego brytyjskiego tenisisty.

- Gdy zamieszkałem w Anglii w połowie lat 70., byłem praktycznie na każdym turnieju - opowiada Andrzej Inglot, którego spotkałem na trybunach jednego z pobocznych kortów Wimbledonu na meczu deblowym z udziałem Magdaleny Fręch. - Obserwowałem, jak zmienia się Wimbledon, rosną nowe korty, obiekt się rozrasta i dziś jest naprawdę imponujący - dodaje.

Pan Andrzej do Anglii przyjechał na wakacje latem 1973 roku, po ukończeniu studiów w Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie na kierunku trener piłki nożnej, bo grał w piłkę. Gdy chciał przedłużyć swój paszport, usłyszał w polskim konsulacie stanowcze "nie" - miał natychmiast wracać do kraju. Postanowił zostać...

Reklama

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Magdalena Fręch dostała lekcję od Simony Halep. "Już nie chcę jej losować!"

- To oczywiście nie była łatwa decyzja, ale nie żałuję. Przez wiele lat nie mogłem jednak przyjeżdżać do Polski, bo czasy były takie, że mógłbym już nie odzyskać paszportu - opowiada.

Już w Anglii założył rodzinę z Polką, Elżbietą, i dochował się dwóch synów, Dominica i Alexandra. Obaj są Brytyjczykami, ale mówią także po polsku.

Pan Andrzej próbował grać w piłkę także w Anglii, ale był rozczarowany poziomem szkolenia w ówczesnych klubach, jak choćby Chelsea i tym, jak traktuje się tam młodych piłkarzy.

- Obserwowałem z bliska, jak przepadało ich mnóstwo, bo jak któryś miał kontuzję czy inne problemy, to machano na niego ręką. Łatwiej było go sprzedać niż szkolić i pracować z nim, bo i tak będą następni. Natomiast, żeby zostać trenerem drużyny, wystarczyło być byłym piłkarzem. Nie wymagano innych kwalifikacji, ani uprawnień. Zmieniło się to dopiero wraz z przyjazdem na Wyspy Arsene’a Wengera, to Francuz zaczął wprowadzać w Anglii wysokie standardy dla trenerów. Dziś to już norma - mówi nasz rozmówca.

Synów oczywiście zaraził sportem. Nie można ukryć, że panu Andrzejowi było łatwiej być świadkiem wimbledońskiej historii na przestrzeni tylu lat, bo jednego z synów wychował na zawodowego tenisistę. Dominic Inglot to nie byle kto w brytyjskim sporcie - urodzony w 1986 roku wyspecjalizował się w grze deblowej i w trakcie swojej kariery z racji potężnego serwisu zasłużył na pieszczotliwy przydomek "Dom the Bomb". Zdobył 14 tytułów w turniejach ATP, był dwa razy w półfinałach Wielkiego Szlema i dotarł do 18. miejsca na świecie w rankingu ATP, wystąpił na igrzyskach w Rio de Janeiro (2016), ale przede wszystkim był w drużynie brytyjskiej, która w 2015 roku wygrała Puchar Davisa, po raz pierwszy od 1936 roku.

- Jako mały dzieciak nigdy nie sądziłem, że dojdę do tego etapu, że zagram w turniejach, będę reprezentował swój kraj w Pucharze Davisa i na igrzyskach. To wszystko było niewiarygodnym doświadczeniem. Udało mi się spełnić swoje marzenia i to napełnia mnie wielką dumą - mówił Dominic w marcu tego roku, gdy w wieku 36 lat ogłaszał zakończenie profesjonalnej kariery. Tegoroczny Wimbledon komentował już jako ekspert dla BBC. Prowadzi także swój podcast oraz namiętnie gra w golfa.

Jako jeden z największych zaszczytów Dominic poczytywał też występ na Korcie Centralnym Wimbledonu w mikście z Laurą Robson, ale... - Myślę, że gdybym miał wybrać jeden moment, na który będę wspominał z największą dumą, byłaby to ceremonia otwarcia igrzysk olimpijskich 2016, gdy z Andym Murrayem jako naszym chorążym maszerowaliśmy na Stadionie Olimpijskim - wspominał Dominic.

W 2004 roku wystąpił też w filmie fabularnym "Wimbledon", gdzie zastępował w scenach meczowych występującego w roli tenisisty blond aktora Paula Bettany’ego.

Drugi syn pana Andrzeja, Alexander, był reprezentantem Anglii w siatkówkę, a dziś jest cenionym specjalistą w zarządzaniu sportem, marketingiem i PR. Działał też na rzecz organizacji zajmujących się przejrzystością i uczciwością w sporcie oraz śledzeniem podejrzanych wyników obstawianych w zakładach bukmacherskich.

- Kibicuję też młodym polskim tenisistom, wolę oglądać ich mecze niż wielkich gwiazd, gdzie jest dużo pozerstwa i blichtru. Ostatnio konsultowałem się choćby z rodzicami Wojtka Marka z Bytomia, który jesienią wyjechał na stypendium tenisowe na uniwersytet w Kalifornii. To dobra droga do rozwoju kariery, a Dominic również kończył uczelnię w USA, Uniwersytet Virginia - mówi Andrzej Inglot.

Z Londynu - Tomasz Mucha, Interia


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL