Reklama

Reklama

Agnieszka Radwańska: Moje ciało zostało przez tenis maksymalnie wyeksploatowane

- Teraz mogę być w jednym miejscu, nie muszę się co tydzień przemieszczać. Mogę się skupić na życiu prywatnym, wychowywać synka, budować dom, więc zupełnie spokojnie cieszę się tym, co mam i na co ciężko pracowałam przez całe życie – mówi Interii Agnieszka Radwańska.

Finalistka Wimbledonu i były wiceliderka rankingu WTA znalazła się w "10" najlepszych polskich tenisistek i tenisistów w plebiscycie zorganizowanym przez Polski Związek Tenisowy na stulecie organizacji. Radwańska otrzymała najwięcej głosów od kibiców. - To wyróżnienie znaczy dla mnie bardzo dużo. Jestem z tego dumna, że mogę odebrać taką nagrodę - mówiła po wręczeniu nagrody podczas gali 100-lecia PZT. W rozmowie ze Sport.Interia.pl mówiła o tym, ile zdrowia kosztowała ją kariera tenisowa, opowiedziała, co robi teraz i poopowiadała o współczesnym tenisie i Idze Świątek.

Reklama

Olgierd Kwiatkowski, Sport.Interia.pl: Pamiętam jak trzy lata temu, jeszcze tuż przed ogłoszeniem decyzji o zakończeniu kariery, mówiła pani, że nieustannie walczy z bólem fizycznym. Czy coś od tego czasu się zmieniło?

Agnieszka Radwańska, finalistka Wimbledonu z 2012 roku, była wiceliderka rankingu WTA: - Niezupełnie. Byłam teraz w Nowym Jorku. Dużo chodziłam, jak to ja, na Manhattanie. Robiłam kilkanaście kilometrów dziennie. Odezwały się stopy, stawy, trzeszczki, wszystko, co tylko możliwe, miałam skurcze. Śmiałam się do siebie, że nie tylko tenis, ale i dłuższe spacery są już dla mnie niewskazane. To jest kolejny dowód na to, że moje ciało zostało przez tenis maksymalnie wyeksploatowane. Pomimo że nie gram już w tenisa, to nadal czasami fizycznie cierpię.

Czyli podjęła pani decyzję o końcu kariery we właściwym momencie i nie żałuje pani rozstania z zawodowym cyklem?

- Absolutnie nie, choć bałam się bardzo, że będę tego żałować. Po moich doświadczeniach wiem dziś, że dalej po prostu nie dałabym rady. Nie tylko fizycznie, ale także i psychicznie.

Nie czuje pani pustki?

- Teraz mogę być w jednym miejscu, nie muszę się co tydzień przemieszczać. Mogę się skupić na życiu prywatnym, wychowywać synka, budować dom, więc zupełnie spokojnie cieszę się tym, co mam i na co ciężko pracowałam przez całe życie.

Dom buduje pani w Krakowie, czy w Warszawie?

- W Warszawie. I tutaj już chyba zostanę. Tu dużo się dzieje, tu mieszkam przez ostatnie parę lat. Dziś nie wyobrażam sobie, żeby żyć gdzie indziej. Oczywiście, mam mieszkanie w Krakowie i zawsze będę mieć, ale na razie zostaję w Warszawie.

Czy synek będzie grał tak jak rodzice w tenisa?

- Mam wiele własnego tenisowego doświadczenia, dobrego i złego. Jestem w stanie lepiej przewidzieć, co robić, czego nie. Chciałabym, żeby synek grał. Wygląda na mocnego dzieciaka. Warunki fizyczne będzie miał, pytanie, czy będzie miał rękę do tenisa, ale to się okaże dopiero za parę lat.

Mimo wielu narzekań na ból związany z wieloletnimi treningami wychodzi pani jeszcze na kort i gra.

- Raz, czasami dwa razy w tygodniu gramy z Martą Domachowską. Jeśli chodzi o naszą formę, to jest wystarczająca. Robimy to dla przyjemności, żeby się poruszać i dla utrzymania formy.

A ogląda pani jeszcze tenis?

- Lubię to robić, zawsze, jak tylko mam okazję, śledzę mecze. Teraz byłam z mężem na US Open w Nowym Jorku. Mój sport, mimo że dał mi w kość, wcale mi nie obrzydł. Fajnie jest zobaczyć moje koleżanki, które jeszcze grają. Nie zostało ich wiele. Bardzo im kibicuję, lubię je oglądać, bo prezentują ciekawy tenis. Teraz wszystko poszło w fizyczność, kiedy patrzę na Angie (Angelique Kerber), na Simonę Halep to one zupełnie inaczej grają, jeśli jeszcze grają.

Angelique Kerber przegrała niespodziewanie w US Open z 19-letnią Kanadyjką Leylah Fernandez, późniejszą finalistką.

- Byłam zaskoczona, jak Fernandez dobrze zagrała z Angie. To był świetny mecz. Czasami nie mogłam uwierzyć w to, co Kanadyjka prezentuje. A przecież przedtem grała z Naomi Osaką. Angie nie mogła sobie nic zarzucić, bo tamta rywalka zagrała fenomenalnie. Mam wielki szacunek dla Leylah za to, że potrafiła wygrać tyle meczów na styku, w trzech setach. Bardzo mi się podoba jej gra. Fizycznie nie wygląda na mocną, ale jednak piłka po jej uderzeniach ląduje tam, gdzie powinna. Widać, że wszystko umie, jest wszechstronna i najlepiej gra w najtrudniejszych momentach. Nie widać po niej żadnych nerwów, presji, tym się wyróżnia. Bardzo fajnie się patrzy na nią na korcie. Będziemy ją częściej oglądać na centralnych kortach.

W finale US Open zagrały dwie nastolatki. Od dłuższego czasu w kobiecym tenisie nie ma zdecydowanych liderek, Wielkie Szlemy wygrywa raz jedna, raz druga zawodniczka. Skąd ten brak stabilizacji?

- Następuje zmiana pokoleniowa. Dużo dziewczyn w ostatnich latach zakończyło karierę. One stale trzymały się w czubie damskiego tenisa. Młode są jeszcze bardzo chwiejne, mają dużo wzlotów i upadków, stąd ta chwiejność w czołówce.

To dobrze dla kobiecego tenisa?

- Legendy, nadal grające, zawodniczki takie jak Serena Williams dobrze robią dyscyplinie. Mamy wtedy jakiś punkt odniesienia. Dobrze, że teraz mamy nową, młodą mistrzynię, ale stabilizacja w czołówce jest potrzebna. Tenis potrzebuje legend. W tej chwili ich na korcie brakuje.

Jak pani widzi miejsce Igi Świątek w tenisowej hierarchii?

- To jest tenis, który będziemy oglądać przez najbliższe parę lat - bardzo mocny, siłowy. Iga ma bardzo mocne uderzenia. Swoją siłą uderzenia przewyższa wiele przeciwniczek. Iga ma też wiele innych zalet, moim zdaniem niczego jej nie brakuje, może sobie poradzić na każdej nawierzchni. Sądzę, że będziemy ją - jak w tym sezonie - regularnie oglądać w drugim tygodniu turniejów Wielkiego Szlema.

Rozmawiał Olgierd Kwiatkowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje