Finał z Sabalenką, powtórki nie będzie. Właśnie odpadła z Australian Open
Australian Open rozpoczął się w nocy z soboty na niedzielę polskiego czas. Nie minęło kilka godzin, a już mamy pierwszą sensację dużego kalibru. Bo tak trzeba nazwać to, co wydarzyło się w spotkaniu Marty Kostiuk z Elsą Jacquemot na ANZ Arenie. Mówimy bowiem o zawodniczce, która ledwie tydzień eliminowała gwiazdy z WTA 500 w Brisbane, zagrała tam o tytuł. I realnie patrząc, nie miała prawa przegrać z zawodniczką z 58. miejsca w rankingu. A po 211 minutach gry doszło jednak do sensacji.

Ma potencjał na wielkie tenisowe sukcesy, na miejsce w TOP 3 rankingu WTA - to powszechne głosy o Marcie Kostiuk, 23-letniej Ukraince, podopiecznej polskiej trenerki Sandry Zaniewskiej. I czasem to pokazuje. Dobry serwis, mocne uderzenia z forhendu i bekhendu, znakomita dynamika - więcej naprawdę nie trzeba. Dominowała już w czasach juniorskich, była mistrzynią Australian Open jako 14-latka, w 2017 roku. A to naprawdę jest coś wyjątkowego.
Gdy jednak przychodzi do dużych turniejów, Ukrainkę dopada jakaś niemoc. 23 turnieje Wielkiego Szlema w singlu - i zaledwie jeden ćwierćfinał, właśnie w Melbourne, dwa lata temu. Teraz miało się to w końcu zmienić. W Brisbane, na starcie sezonu, pokonała trzy gwiazdy z TOP 10 - Amandę Anisimovą, Mirrę Andriejewą i Jessicę Pegulę. Dopiero w finale zatrzymała ją Aryna Sabalenka. I realnie patrząc, w Australian Open to właśnie Białorusinka miała być pierwszym wielkim wyzwaniem dla Kostiuk, ale na poziomie czwartej rundy.
Los ułożył się jednak zupełnie inaczej.
Australian Open. Marta Kostiuk grała z Elsą Jacquemot na ANZ Arenie. Stawką druga runda
Rywalką Kostiuk była 58. w światowym rankingu Elsa Jacquemot i chyba żaden potencjalny scenariusz nie zakładał tu sensacji. Francuzka grała przed tym turniejem w Brisbane i Hobart - w starciach z weteranką Ajlą Tomljanovic i naszą Magdaleną Fręch ugrała po cztery gemy. W meczu z Łodzianką przegrała ostatnią partię do zera, mimo że Polka już miała problemy, a po spotkaniu wycofała się z turnieju.

Tyle że Kostiuk w Wielkich Szlemach dopada jakaś potworna niemoc. W zeszłorocznym French Open przegrała w pierwszej rundzie ze 188. na liście Sarą Bejlek z Czech, w Wimbledonie - ze 171. na liście WTA kwalifikantką Veronicą Erjavec. Teraz historia się powtórzyła, choć przecież Ukrainka wygrała pierwszego seta, w drugim prowadziła 5:3, a później miała piłkę meczową. I przy stanie 6:5 i 40-30, patrząc z jej perspektywy, agresywnie weszła na mocny serwis rywalki - wyrzuciła go za linię boczną. Zupełnie niepotrzebnie, bo choć Jacquemot zagrała dość mocno (171 km/godz.), to jednak niespecjalnie precyzyjnie.
Wtedy na zegarze były równe dwie godziny gry - na korcie pozostały jeszcze przez 91 minut. Pierwszego seta w tie-breaku wygrała Kostiuk 7-4, w drugim tie-breaku Ukrainka prowadziła z małym przełamaniem 4-3. I popsuła dwa swoje serwisy, a za moment Francuzka utrzymała podanie.
Doszło więc do trzeciej odsłony, równie szalonej, choć bez przełamań. Jacquemot miała meczbola w dwunastym gemie, doszło jednak do kolejnego tie-breaka. Tym razem, z uwagi na fakt ostatniej partii, grany do 10 punktów.

Francuzka uciekła, Kostiuk dogoniła ją na 7-7. Jacquemot ryzykowała, ale to się opłaciło. To ona zdobyła trzy ostatnie punkty. I wygrała 6:7 (4), 7:6 (4), 7:6 (7).
O trzecią rundę zagra z Julią Putincewą.












