Nie żyje legenda polskiego sportu. "Olbrzym z Rzeszowa" był postrachem największych
Bardzo smutne wieści napłynęły do nas z Niemiec. W dniu 21 lutego w wieku 73 lat zmarł najwybitniejszy polski "wolniak" - Adam Sandurski. Takie informacje przekazał Interia Sport Aleksander Cichoń, brązowy medalista olimpijski w zapasach w stylu wolnym z Moskwy (1980), a potwierdził inny zapaśnik Jan Falandys. Sandurski dzięki bardzo ciężkiej pracy osiągnął wiele sukcesów, włącznie z medalem olimpijskim, choć karierę sportową rozpoczął w wieku prawie 20 lat. Był wielką gwiazdą polskiego sportu. Występował też w filmach.

W skrócie
- Adam Sandurski, medalista olimpijski i nazywany "Olbrzymem z Rzeszowa", zmarł w wieku 73 lat.
- Sandurski odnosił sukcesy sportowe w zapasach w stylu wolnym, zdobywając liczne medale na arenie międzynarodowej.
- Po zakończeniu kariery sportowej mieszkał i pracował w Niemczech, a także wystąpił w kilku filmach.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Był postacią nietuzinkową w polskim sporcie. Nigdy chyba nie miał on tak charakterystycznego sportowca, jak Adam Sandurski. Zresztą w ogóle na świecie trudno było znaleźć zapaśnika o takich parametrach.
"Olbrzym z Rzeszowa", bo tak go nazywano, mierzył aż 214 centymetrów wzrostu i ważył 130 kilogramów. Na matach całego świata osiągnął wiele sukcesów.
Adam Sandurski był medalistą olimpijskim
Tym największym był brązowy medal olimpijski wywalczony w Moskwie (1980) w kategorii powyżej 100 kg. Sandurski był dwukrotnym wicemistrzem świata (1982 i 1983) oraz brązowym medalistą czempionatu globu (1981). Na koncie miał tytuł wicemistrza Europy (1984) oraz pięć brązowych medali (1979-1982, 1986). Wystąpił na dwóch igrzyskach olimpijskich. Poza Moskwą także w Seulu w 1988 roku, gdzie zajął siódme miejsce.
O śmierci 73-letniego sportowca poinformował Interia Sport jego przyjaciel Aleksander Cichoń. Sandurski od wielu lat zmagał się z problemami zdrowotnymi. W ostatnim czasie leżał w szpitalu w Witten. Zapaśnik od połowy lat 80. ubiegłego wieku mieszkał w Niemczech. Jego zięciem był Marco Terrazzino, niemiecki piłkarz, który występował barwach Lechii Gdańsk.
"Olbrzym z Rzeszowa"
Sandurski do sportu trafił, bo mieszkańcy Zarzecza donieśli Janowi Małkowi, trenerowi zapasów, o tym, że w ich miejscowości mieszka olbrzym.
Podnosił ważące dziesiątki kilogramów beczki, a do tego ciężko pracował w lesie i wielką łopatą wykopywał żwir z Wisłoka
Sandurskiego często można było spotkać na Pikniku Olimpijskim. Zdarzyło się nam zatem często rozmawiać, choć początkowo był niezbyt chętny.
Ten znakomity zapaśnik długo był dość niski, ale gwałtownie zaczął rosnąć dopiero przed 20. rokiem życia.
Jego przygoda ze sportem rozpoczęła się w wieku prawie 20 lat. Z lasu wyciągnął go wówczas znany rzeszowski trener zapasów Jan Małek. Szkoleniowiec czuł, że trafił na brylant i nie odpuszczał, choć koledzy śmiali się z niego i pytali, czy zakłada sekcję koszykówki. Małek długo namawiał Sandurskiego, ale ten w końcu dał się przekonać i od razu wziął się za niesamowicie ciężką pracę. Narzekał na ogromne bóle nóg, ale zawziął się i trenował sumiennie. Wiedział bowiem doskonale, jak ważne są nogi w zapasach w stylu wolnym.
Zresztą Sandurski przez całą karierę, a także wiele lat po jej zakończeniu, miał olbrzymie problemy z nogami, a szczególnie z biodrami i kolanami.
Był postrachem najlepszych zawodników na świecie. Rozpracowali go w ZSRR
Sandurski ćwiczył według indywidualnych wytycznych trenera Małka, który przygotował specjalny trening pod niesamowite warunki tego zawodnika. Miał on bowiem bardzo długie ręce i nogi. Musiał zatem zacząć się specjalizować w nietypowych chwytach. Dzięki temu, że walczył trochę nietypowo, zaczął dawać sobie radę. Wkrótce stał się postrachem najlepszych zawodników na świecie.
Od razu zainteresowali się nim trenerzy w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Postanowili oni użyć podstępu, by dobrze poznać mocne i słabe punkty Sandurskiego. Zaprosili tego zawodnika imiennie na wielkie zgrupowanie zawodników wagi superciężkiej w zapasach w stylu wolnym do Mińska. Polskie władze były dumne z tego, ale okazało się, że wyjazd na ten obóz okazał się błędem.
- Od tego momentu miał wielkie problemy z zawodnikami z ZSRR - przypominał Małek.
Jego koronną akcją było sprowadzenie zawodnika do parteru. Dzięki temu, że miał długie ręce, dążył do "walizki". Tak fachowo nazywa się spięcie głowy z nogami rywala.
W wysokiej formie znajdował się także w 1984 r., kiedy to igrzyska olimpijskie odbywały się w Los Angeles. Polska reprezentacja zamiast do USA pojechała jednak na zawody przyjaźni do Sofii. Wszystko przez bojkot imprezy przez blok krajów socjalistycznych. W Sofii wywalczył wówczas srebrny medal.
Wyjazd do Niemiec
W 1985 roku wystąpił z prośbą o wyjazd do Republiki Federalnej Niemiec. Miał już bowiem podpisaną umowę z niemieckim klubem KSV Witten 07. Z racji tego, że ukończył 30 lat, ówczesne polskie władze nie robiły mu żadnych problemów. Razem ze swoim przyjacielem Janem Falandysem, mierzącym niespełna 160 cm wzrostu i ważącym 48 kg, stanowili o sile niemieckiego zespołu, który w 1986 roku sięgnął po mistrzostwo kraju. Razem często lubili pożartować. Bywało tak, że na zgrupowaniach w Węgierskiej Górce, kiedy jeszcze walczyli w Stali Rzeszów, Sandurski brał Falandysa, który udawał, że płacze, na ręce i ustawiali się w kolejce po piwo. Zawsze ich przepuszczano.
Początkowo chciałem walczyć w Witten dwa lata, ale miejscowi tak zatroszczyli się o mnie i moją rodzinę, że zostałem znacznie dłużej
Grał w filmach
Sandurski z racji swojej charakterystycznej postury był "wykorzystywany" także przez reżyserów filmów. W sumie zagrał w dwóch filmach fabularnych. W latach 80. wystąpił ze śmietanką polskiego kina, m.in.: Beatą Tyszkiewicz, Grażyną Szapołowską i Gustawem Holoubkiem w dramacie psychologicznym "W starym dworku, czyli niepodległość trójkątów", który był zrealizowany na motywach twórczości Witkacego.
W 2008 roku z kolei zagrał w filmie "Afonia i pszczoły" Jana Jakuba Kolskiego.
- Stoczyłem w nim walkę zapaśniczą, która odbywała się w obozie koncentracyjnym. Szczerze mówiąc, nie paliłem się do udziału w tym filmie, bo miałem kłopoty zdrowotne. Ale panu Kolskiemu zależało na tym, abym stanął przed kamerą - opowiadał Sandurski, o którym w 1984 roku Jacek Bławut nakręcił z kolei dokument "Superciężki".
W ostatnich latach ulubionym miejscem zapaśnika by Mietków, gdzie mieszkał w domu z ogrodem nad zalewem.
Zobacz również:














