Tomasz Sarara: Może życie pozytywnie mnie zaskoczy

Kibicom sportów walki nie trzeba go przedstawiać. Tomasz Sarara to najlepszy kickbokser w wadze ciężkiej w Polsce i znana postać na arenie międzynarodowej. Od początku roku prowadzi treningi w "Trenuj Sporty Walki", wzbudzającej kontrowersje sekcji kickboxingu Wisły Kraków. W rozmowie z INTERIA.PL opowiedział o swojej pracy w klubie, karierze sportowej i wieczornej walce z Peterem Balażem na Battle of Warriors 2.

INTERIA.PL: Forma przygotowana na wieczorną walkę?

Reklama

Tomasz Sarara: Przekonamy się. Mam za sobą bardzo intensywne miesiące, czułem się wręcz przetrenowany, dlatego świadomie spuściłem z tonu w ostatnich tygodniach. Odzyskałem świeżość i głód walki. Nie chcę niczego obiecywać, ale jestem dobrze przygotowany. Moje atuty to wytrzymałość, szybkość, kondycja. Na to będę stawiał. Narzucę takie tempo, którego mój przeciwnik, Peter Balaż nie wytrzyma.

Rywal może pana czymś zaskoczyć?

- Mam nadzieję, że niczym. Ma lepsze warunki fizyczne ode mnie. Jest o pół głowy wyższy, waży jakieś 115 kilogramów. Kawał chłopa, ale to nie będzie dla mnie pierwsza walka z takim olbrzymem. Nie chcę opierać się na statystykach, ale do tej pory zawsze wygrywałem z większymi od siebie, na przykład z Michałem Wlazło podczas pierwszej edycji Battle of Warriors.

Kliknij i dowiedz się więcej o gali Battle of Warriors 2

To, że gala będzie w rodzinnym Krakowie ma dla pana znaczenie?

- I to duże. Jeżdżąc po świecie walczyłem z przeciwnikami, którzy byli gospodarzami. Nie czułem wsparcia publiki, chociaż nie zawsze była do mnie wrogo nastawiona. Wiem, jak mocnym kopniakiem potrafi być wsparcie trybun. Tym bardziej nie chcę dać plamy. Chce spełnić oczekiwania swoje i moich znajomych, wiem, że wielu z nich wybiera się na galę. Wiem, że będą trzymać za mnie kciuki, liczę na to, że niesiony ich dopingiem dam dobrą walkę.

Chęć pokazania się z jak najlepszej strony przed własną publicznością nie będzie dodatkowym obciążeniem?

- Jestem bardzo doświadczonym zawodnikiem, potrafię opanować nerwy wchodząc do ringu. Czuję się mocny psychicznie, to mój atut. Mam za sobą około 120 walk amatorskich i 35 zawodowych, to cenny bagaż doświadczeń. To powinno mi pomóc w opanowaniu emocji.

Będzie pan też reprezentował kickbokserską sekcję Wisły Kraków. O "Trenuj Sporty Walki" było ostatnio głośno. Głównie w negatywnym tego słowa znaczeniu...

- A ja będę się o klubie wypowiadał z dumą. Siedzimy w sali treningowej o powierzchni 320 metrów kwadratowych. W Polsce podobnych sal treningowych jest niewiele, w Krakowie drugiej takiej nie ma. Ring, klatka, kilkanaście worków. Bardzo dobre warunki do treningów. Nieskromnie dodam, że zaplecze trenerskiej też jest dobre. Jestem przekonany, że niebawem przyjdą też wyniki sportowe, mamy zdolną młodzież, dwóch nastolatków dobrze rokuje na przyszłość.

Kto trenuje w sekcji? W mediach padły słowa, że szkoleni są tutaj bandyci.

- Znam te artykuły. Tyle negatywnych opinii, a nikt nawet nie postarał się sprawdzić, co tu się dzieję naprawdę.

Żaden z dziennikarzy nie był na treningu?

- Nie było nikogo. Każdy podpiera się opiniami i domysłami. Plotki najłatwiej się roznoszą. Nikt tego nie zweryfikował, nikt do mnie nie przyszedł, nie porozmawiał. Nie zamykamy przed nikim drzwi, każdy może przyjść, zobaczyć treningi.

Kto wobec tego trenuje w sekcji?

- Od nastolatków po 50 letnich mężczyzn, przychodzą też kobiety. Angażują się, robią postępy, widać, że trening sprawia im przyjemność. Nie każdy przecież trenuje, żeby zostać zawodnikiem, dla większości osób to forma rekreacji ruchowej. Jedni wolą rower, inni sporty walki. Dla chętnych organizujemy starty w zawodach amatorskich, mamy też galę zawodową. Planujemy obóz górski w lecie.

Potwierdzi pan, że kibice też biorą udział w treningach?

- Tak, jak w każdym klubie sportów walki. Przychodzą, trenują i idą do domu. Zachowują się jak normalni uczestnicy zajęć.

Ile osób ćwiczy w klubie?

- Na początku było około trzystu, a na pierwszy trening muay thai przyszło 120 osób. Teraz frekwencja spada, ale to normalne o tej porze roku. W styczniu, lutym jest mobilizacja, działają postanowienia noworoczne, chęć poprawy sylwetki przed wakacjami. Na wiosnę już jest inaczej, robi się cieplej za oknem, a to daje więcej możliwości spędzania wolnego czasu. We wrześniu będzie druga fala zapisów.

Oficjalnie "Trenuj Sporty Walki" to sekcja kickboxingu Wisły Kraków. Jakie zajęcia prowadzicie?

- Muay thai, K1, czyli popularną formułę kickboxingu i MMA.

Które z nich są najbardziej oblegane?

- Na samym początku największy boom był na muay thai. Jest dobrze wypromowane, ale zdziwiłem się, bo MMA jest bardzo popularne, a u nas pod względem zainteresowania jest ostatnie. Muay thai, K1, MMA - taka jest kolejność. Nie potrafię jej wytłumaczyć.

Jak pan został trenerem w sekcji?

- Nie jestem kibicem żadnej drużyny, ale nie brakuje ich wśród moich znajomych. Wiedzą dobrze czym się zajmuję, a spokojnie mogę powiedzieć, że wiodę prym jeśli chodzi o kickboxing w Polsce. Założyciele sekcji zaproponowali mi prowadzenie zajęć, jak jeszcze byłem w Holandii. Życiowe problemy sprawiły, że musiałem wrócić do kraju. Potrzebowałem zajęcia, dlatego bez zastanowienia się zgodziłem.

Nie obawia się pan, że negatywna opinia o sekcji przeniesie się na pana?

- Nie, bo swoją osobą zaprzeczam temu, co się o nas pisze. Nikt mi nie może zarzucić, że kiedykolwiek byłem związany z jakąkolwiek grupą kibiców czy bandytów. Chętnie stanę się twarzą tej sekcji. Może przy okazji kogoś przekonamy, że to pozytywne przedsięwzięcie.

Wróćmy na koniec do pana. Jest pan utytułowanym zawodnikiem, najlepszym kickbokserem wagi ciężkiej w Polsce, ale w mediach próżno szukać wielu wzmianek o panu...

- Taki urok niszowego sportu. Zacząłem trenować w wieku 11 lat i nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek dojdę tak daleko. Osiągnąłem sukces i jestem z tego dumny. Udało mi się spełnić marzenia z dzieciństwa. To nie zmienia faktu, że apetyt rośnie w miarę jedzenie i chciałbym osiągnąć więcej. Stać mnie na to.

Gdzie sięgają pańskie ambicje?

- Kto się interesuje sportami walki, ten wie, że w MMA ligą mistrzów jest UFC. W kickboxingu, w formule K1 czymś takim jest federacja Glory. Kiedy trenowałem w Holandii u mojego przyjaciela i trenera Ernesto Hoosta byłem w szczytowej formie. Wygrywałem walki na całym świecie i byłem blisko podpisania kontraktu z Glory, co byłoby dla mnie spełnieniem wszelkich sportowych ambicji.

Co pokrzyżowało plany?

- Dostałem telefon z domu. Pojawiły się problemy rodzinne, trzeba było wracać do Polski. Taką mam hierarchię w życiu. Karierę sportową stawiam bardzo wysoko, ale rodzina jest ponad to. Mama, tata, a teraz żona i synek są najważniejsi. Glory spadło na dalszy plan. Żałuję, że tam nie trafiłem, ale po raz drugi, piąty i setny podjąłbym taką samą decyzję.

Szansa na wymarzony kontrakt jeszcze istnieje?

- Marzy mi się to, po cichu nawet na to liczę, ale wiem, jak trudno będzie się tam dostać z Polski. Z drugiej strony życie napisało mi już różne scenariusze, może zaskoczy mnie raz jeszcze, tym razem bardziej pozytywnie.

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Sarara

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje